( Radzę słuchać przy czytaniu. :) )
Julia schyliła głowę i pogładziła obolały, zaczerwieniony policzek. Jej oczy wypełniły się łzami, jednak dziewczyna próbowała to ukryć. Zaniemówiłem, myśląc, co wypada teraz powiedzieć.
- Julia, ja... - zacząłem po cichu, jakby mój głos miałby jej sprawić kolejny ból. Ona odwróciła wzrok i ruszyła przed siebie, chcąc prawdopodobnie schować się w swoim pokoju.
- No, ale z ciebie dżentelmen... - skomentował Dave, chowając ręce do kieszeni spodni. - Normalnie jak w tych twoich wszystkich piosenkach dla dziewczyn. Popisałeś się.
- Twoje zdanie w tej sytuacji jest zbędne, wiec zamknij ryja, tłusta parówo! - wydarłem się, naprawdę poirytowany. Głowa rozbolała mnie ze złości. On zamachnął się na mnie ręką, i o mały włos bym nie oberwał od Tego Kolesia, ale...
- Nie waż się na niego ręki podnieść! - krzyknęła Julka na Dava. - Na nie za dużo sobie pozwalasz przypadkiem?! Przesadziłeś! - zaskoczony wpatrywałem się w nią dalej. Wtedy skierowała się i do mnie. - Obaj przesadziliście! Wcale was nie rozumiem! - widząc mój przejęty wzrok, odwróciła się znowu do swojego kolegi. - Idź do domu! - wrzasnęła na koniec mu w twarz i chwilę później już jej nie było.
- Julciu... - mówiłem do niej spokojnie, gdy Dave już wyszedł. Starałem się otworzyć drzwi do jej sypialni, pod którymi siedziała, zapewne zapłakana. - Otwórz mi. Proszę. - ale nie odpowiadała. - To nie było specjalnie, to Ten Koleś miał oberwać.
- Tak?! A czemu miał oberwać może mi powiesz? Za co? Co ty w ogóle wyprawiasz? - smutny ton jej głosu sprawiał, że było mi coraz bardziej przykro.
- ... Julia, otwórz mi. Wszystko ci wyjaśnię na spokojnie. Otwórz.
I otworzyła. Od razu potem jednakże wybiegła z pomieszczenia. Ruszyłem za nią niespiesznie, by jej nie denerwować, jednak przyspieszyłem kroku, gdy spostrzegłem, że dziewczyna właśnie opuszcza dom. Nie zastanawiając się dłużej, znalazłem w pewnej szufladzie klucze do jej mieszkania. Zabrałem komórkę, i wyszedłem, zamykając za sobą drzwi na zamek.
Szła chodnikiem. Nie widziała mnie, nie miała pojęcia, że jestem tuż za nią. Bardzo dobrze. Nie chcę, by zdawała sobie z tego sprawę, bo chcę wiedzieć, dokąd ona idzie. Gdyby mnie zauważyła, możliwe, że by zrezygnowała z pójścia właśnie TAM. Dreptałem za nią spacerkiem, spokojnie, ciesząc się z ciepłego wiatru pieszczącemu mi twarz. Trudno było czasem nie wywołać zamieszania moją obecnością.
10 minut później
Długo jeszcze? Gdzie ona tak idzie? Na koniec świata? To się po prostu w głowie nie mieści! Tak sobie marudząc, podążałem za nią.
5 minut później
W pewnym momencie podniosłem głowę, by się rozejrzeć. Czy wzrok mnie nie myli? Nie! Jestem pewien tego, co widzę. Tak. Julia weszła na cmentarz. Ciekawe, czemu akurat tu się teraz wybrała. Kryjąc się za murem obserwowałem, jak dziewczyna przechodzi przez bramę i od razu skręca - idzie teraz alejką, mijając groby i czytając z nich nazwiska zmarłych. Zmarszczyłem brwi, po czym założyłem kaptur, by mnie nie rozpoznała, jeśli nawet mnie spostrzeże. Z dłońmi w kieszeniach szedłem jej śladem, zatrzymując się od czasu do czasu, by mnie nikt o nic nie podejrzewał.
Julka przystanęła prawie na samym końcu alejki, przy szarym, piątym grobie od końca. Spojrzałem na nią smutno, pozostając niezauważonym. Ona zaczęła coś mówić niegłośno, więc by usłyszeć jej słowa nieznacznie się zbliżyłem, wbijając wzrok w przestrzeń i nadstawiając uszu. W końcu zacząłem rozumieć poszczególne słowa, a później, gdy dziewczyna zaczęła przemawiać donośniej, całe zdania. Na początku usiadła przy grobie i westchnęła. Siedziała cicho i zastanawiała się.
- Wiem, że to wszystko widziałeś. - wyszeptała. Myśląc, że było to skierowane do mnie, odwróciłem się w jej stronę. Zobaczyłem jednak, że Julia nadal wpatruje się w palące się znicze. - Ja wiem, że ty zawsze... wszystko widzisz.
- Może ona mówi do Boga? - pomyślałem.
- Szkoda, że cię tu nie ma. On... tak bardzo mi ciebie przypomina, że przywykłam do niego.
- Ona mówi o mnie? - zadawałem sobie pytanie. - Może jednak o Tym Kolesiu? Ale kogo my niby mamy przypominać? - nagle aż mną wstrząsnęło. Usłyszałem szloch dziewczyny.
- Nie o to chodzi, że on mnie uderzył! Ty wiesz o co mi chodzi, a to ciężko wytłumaczyć! Słuchaj, no. Ja przyprowadzam tego chłopaka, ale nie wiedziałam, że to taki koszmar będzie! - wybuchnęła płaczem. - Tęsknię za tobą, a Justin tak mi ciebie przypomina...
- ...Co? Ona jest ze mną tylko dlatego, że jej kogoś przypominam? Że jestem jak ktoś inny? Ona powinna mnie lubić takiego, jakim jestem, Justinem, nikim innym. Zaraz... Czy ona w ogóle ze mną jest...? - poczułem wielki smutek.
- Jest podobny z wyglądu, nieco z charakteru. Prócz ciebie, to już nikogo nie miałam, ale on teraz mi w tym pomaga. Ty przecież wiesz, czego ja się boję najbardziej. - mówiła niewyraźnie, przez łzy. - Gdybyś tu był, nie byłoby problemu, Mike. Przecież to jakiś horror... - oparła głowę na dłoniach. - Tak bardzo mi ciebie przypominał, gdy mi patrzył w oczy... - ucichła na chwilę. - Przyjdź tu do mnie. - wyszeptała nagle.
- No chodź. - powtórzyłam. Po policzkach spływały mi łzy. Usłyszałam czyjeś kroki. Podniosłam wzrok. - M-m-mike? - byłam pewna, że to był właśnie on, że przyszedł do mnie, jak go wezwałam. - To ty? - chłopak zdjął kaptur. - ... Justin? Co ty tu robisz? - mówiłam do niego łagodnie. Oblizał nerwowo wargi.
- Przepraszam. Chciałem sprawdzić gdzie idziesz... - nic nie odpowiedziałam. Moje oczy nadal wypełnione były licznymi łzami. - Powiedz mi... Kto to jest Mike? Wytłumacz mi wszystko. Zaufaj mi. Mi naprawdę możesz zaufać!
- Nie wiem czy pamiętasz. - zaczęła po chwili ciszy. - Jak ci mówiłam, że mój brat nie żyje. Mike... W zasadzie Michael... To mój brat.
Siedzieliśmy w salonie na kanapie. Miała ślady łez na policzkach, jej oczy były lekko spuchnięte i zaczerwienione. Co chwilę pociągała nosem. Pragnąłem wiedzieć, o co chodzi. Najbardziej zainteresowało mnie zdanie "Ty przecież wiesz, czego ja się boję najbardziej". Czego Julia się boi?
- Kochanie, już ok. - uspakajałem ją. - Przepraszam za to, że cię uderzyłem, chociaż przez przypadek, i że cię potem śledziłem. Teraz powiedz mi wszystko. Czego się boisz? O co w ogóle chodzi?
Julia powiedziała mi o paru ważnych rzeczach. Na końcu dodała:
- To może być dla ciebie trudne, Justin. Nie chciałam ci tego mówić, byś się nie przejmował... Boję się, bo... Jesteś dla mnie bliską osobą. Fakt, przypominasz mi Mika, ale przecież ty jesteś dla mnie zupełnie kimś innym. Nie jestem z tobą dlatego, że jesteś do niego podobny!
- Hah, wiedziałem, że jesteśmy razem. - odpowiedziałem, zwracając uwagę na to, że powiedziała "jestem z tobą". Uśmiechnęła się.
- Wracając do rzeczy. - mówiła. - Bo ja... Ja się boję, że cię stracę jak jego.
- Hah, nie ma powodu, byś miała mnie stracić. - uśmiechnąłem się. Już wszystko było dobrze, i cieszyłem się widokiem mojej pięknej dziewczyny.
- Justin... - szepnęłam. - On... Miał problemy z sercem tak jak ty. - spojrzał na mnie nagle nieco przestraszony. - On ... Umarł z tego powodu.
- ... Ale... Ale... Ze mną już jest lepiej, a z nim... Nie było szans, prawda? Było z nim od dawna źle, przed jego śmiercią... Prawda? - pytał. Nie odpowiadałam, bo wiedziałam, że Jus mógłby się przejąć gdybym powiedziała prawdę. Michael umarł nagle. Nie był w złym, ani dobrym stanie. Był w takim, jak Justin teraz. Dobrym, ale nie najlepszym. Aż pewnego dnia wnet się pogorszyło... I po prostu odszedł. - Było z nim źle, prawda? - dopytywał się z nadzieją.
- To się stało nagle. - wyszeptałam. Justin wstał i spojrzał na mnie ze strachem.
- O matko... - złapał się za głowę. - To znaczy, że ja mogę umrzeć?
- Nie umrzesz. - odpowiedziałam tylko i wstałam.
- Ale to jest możliwe?! - podniósł głos.
- Nie umrzesz! - krzyknęłam. Justin odwrócił się nieprzekonany i poszedł do sypialni. - Nie umrzesz... Na pewno. - wyszeptałam do siebie, a po moim policzku spłynęła setna dzisiaj łza. - Mam taką nadzieję. - wyjęłam z portfela zdjęcia Michaela i zastanawiałam się nad tym wszystkim. - Nie umrzesz. Nie pozwolę na to.
Mam do Was parę ważnych spraw, które mogą was zainteresować. Najpierw jednak przeproszę, że rozdział ten składa się głównie z dialogów. Kolejny raz wam dziękuję. (: Przy tej notce chyba dojdzie już do 400 komentarzy w sumie na całym blogu, a do 11 tys. wejść już dobiliśmy!
1. Mam propozycję. Szykuje się konkurs dla moich czytelników. Udział może wziąć każdy. Będą rzecz jasna nagrody. Najpierw jednak pytam: Chcecie konkurs, czy nie? Chcę wiedzieć, czy ktokolwiek w ogóle w nim weźmie udział. Mam widzieć mnóstwo komentarzy pod tą notką od tych, którzy wezmą udział, bo jak nie - konkursu nie będzie! Jeśli będziecie prawdopodobnie brać udział to piszcie na dole. Uprzedzam, że konkurs będzie pisemny, będzie trzeba coś napisać. :] Chcecie?
2. Nie wszyscy z Was wiedzą, ale inną moją pasją prócz pisania opowiadań jest śpiewanie. Chodzę na lekcje śpiewu i prawdopodobnie jutro, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, nagrywam u nauczyciela cover. Piosenka będzie na YouTube pewnie w sobotę, o ile się to uda. Chcę wiedzieć, czy chcecie tego posłuchać. Jak tak - piszcie w komentarzach, żebym to opublikowała na blogu, bo nie jestem pewna, czy to zrobić. <3 Chcecie? Jeszcze jedno, co do tego. Mam być w tych coverach podpisywana imieniem i nazwiskiem czy może jakaś ksywka? [: Macie jakieś pomysły?
3. Podoba Wam się nowe tło? Jeśli tak podziękowania dla czytelniczki Kaśki, która same je wybrała. ;) Avatar także został nieco ulepszony. Lepsze niż poprzednie? Nie przeszkadza przy czytaniu? (:
KOCHAM WAS! ♥
Oczami Justina
Julia schyliła głowę i pogładziła obolały, zaczerwieniony policzek. Jej oczy wypełniły się łzami, jednak dziewczyna próbowała to ukryć. Zaniemówiłem, myśląc, co wypada teraz powiedzieć.
- Julia, ja... - zacząłem po cichu, jakby mój głos miałby jej sprawić kolejny ból. Ona odwróciła wzrok i ruszyła przed siebie, chcąc prawdopodobnie schować się w swoim pokoju.
- No, ale z ciebie dżentelmen... - skomentował Dave, chowając ręce do kieszeni spodni. - Normalnie jak w tych twoich wszystkich piosenkach dla dziewczyn. Popisałeś się.
- Twoje zdanie w tej sytuacji jest zbędne, wiec zamknij ryja, tłusta parówo! - wydarłem się, naprawdę poirytowany. Głowa rozbolała mnie ze złości. On zamachnął się na mnie ręką, i o mały włos bym nie oberwał od Tego Kolesia, ale...
- Nie waż się na niego ręki podnieść! - krzyknęła Julka na Dava. - Na nie za dużo sobie pozwalasz przypadkiem?! Przesadziłeś! - zaskoczony wpatrywałem się w nią dalej. Wtedy skierowała się i do mnie. - Obaj przesadziliście! Wcale was nie rozumiem! - widząc mój przejęty wzrok, odwróciła się znowu do swojego kolegi. - Idź do domu! - wrzasnęła na koniec mu w twarz i chwilę później już jej nie było.
- Julciu... - mówiłem do niej spokojnie, gdy Dave już wyszedł. Starałem się otworzyć drzwi do jej sypialni, pod którymi siedziała, zapewne zapłakana. - Otwórz mi. Proszę. - ale nie odpowiadała. - To nie było specjalnie, to Ten Koleś miał oberwać.
- Tak?! A czemu miał oberwać może mi powiesz? Za co? Co ty w ogóle wyprawiasz? - smutny ton jej głosu sprawiał, że było mi coraz bardziej przykro.
- ... Julia, otwórz mi. Wszystko ci wyjaśnię na spokojnie. Otwórz.
I otworzyła. Od razu potem jednakże wybiegła z pomieszczenia. Ruszyłem za nią niespiesznie, by jej nie denerwować, jednak przyspieszyłem kroku, gdy spostrzegłem, że dziewczyna właśnie opuszcza dom. Nie zastanawiając się dłużej, znalazłem w pewnej szufladzie klucze do jej mieszkania. Zabrałem komórkę, i wyszedłem, zamykając za sobą drzwi na zamek.
*
Szła chodnikiem. Nie widziała mnie, nie miała pojęcia, że jestem tuż za nią. Bardzo dobrze. Nie chcę, by zdawała sobie z tego sprawę, bo chcę wiedzieć, dokąd ona idzie. Gdyby mnie zauważyła, możliwe, że by zrezygnowała z pójścia właśnie TAM. Dreptałem za nią spacerkiem, spokojnie, ciesząc się z ciepłego wiatru pieszczącemu mi twarz. Trudno było czasem nie wywołać zamieszania moją obecnością.
10 minut później
Długo jeszcze? Gdzie ona tak idzie? Na koniec świata? To się po prostu w głowie nie mieści! Tak sobie marudząc, podążałem za nią.
5 minut później
W pewnym momencie podniosłem głowę, by się rozejrzeć. Czy wzrok mnie nie myli? Nie! Jestem pewien tego, co widzę. Tak. Julia weszła na cmentarz. Ciekawe, czemu akurat tu się teraz wybrała. Kryjąc się za murem obserwowałem, jak dziewczyna przechodzi przez bramę i od razu skręca - idzie teraz alejką, mijając groby i czytając z nich nazwiska zmarłych. Zmarszczyłem brwi, po czym założyłem kaptur, by mnie nie rozpoznała, jeśli nawet mnie spostrzeże. Z dłońmi w kieszeniach szedłem jej śladem, zatrzymując się od czasu do czasu, by mnie nikt o nic nie podejrzewał.
Julka przystanęła prawie na samym końcu alejki, przy szarym, piątym grobie od końca. Spojrzałem na nią smutno, pozostając niezauważonym. Ona zaczęła coś mówić niegłośno, więc by usłyszeć jej słowa nieznacznie się zbliżyłem, wbijając wzrok w przestrzeń i nadstawiając uszu. W końcu zacząłem rozumieć poszczególne słowa, a później, gdy dziewczyna zaczęła przemawiać donośniej, całe zdania. Na początku usiadła przy grobie i westchnęła. Siedziała cicho i zastanawiała się.
- Wiem, że to wszystko widziałeś. - wyszeptała. Myśląc, że było to skierowane do mnie, odwróciłem się w jej stronę. Zobaczyłem jednak, że Julia nadal wpatruje się w palące się znicze. - Ja wiem, że ty zawsze... wszystko widzisz.
- Może ona mówi do Boga? - pomyślałem.
- Szkoda, że cię tu nie ma. On... tak bardzo mi ciebie przypomina, że przywykłam do niego.
- Ona mówi o mnie? - zadawałem sobie pytanie. - Może jednak o Tym Kolesiu? Ale kogo my niby mamy przypominać? - nagle aż mną wstrząsnęło. Usłyszałem szloch dziewczyny.
- Nie o to chodzi, że on mnie uderzył! Ty wiesz o co mi chodzi, a to ciężko wytłumaczyć! Słuchaj, no. Ja przyprowadzam tego chłopaka, ale nie wiedziałam, że to taki koszmar będzie! - wybuchnęła płaczem. - Tęsknię za tobą, a Justin tak mi ciebie przypomina...
- ...Co? Ona jest ze mną tylko dlatego, że jej kogoś przypominam? Że jestem jak ktoś inny? Ona powinna mnie lubić takiego, jakim jestem, Justinem, nikim innym. Zaraz... Czy ona w ogóle ze mną jest...? - poczułem wielki smutek.
- Jest podobny z wyglądu, nieco z charakteru. Prócz ciebie, to już nikogo nie miałam, ale on teraz mi w tym pomaga. Ty przecież wiesz, czego ja się boję najbardziej. - mówiła niewyraźnie, przez łzy. - Gdybyś tu był, nie byłoby problemu, Mike. Przecież to jakiś horror... - oparła głowę na dłoniach. - Tak bardzo mi ciebie przypominał, gdy mi patrzył w oczy... - ucichła na chwilę. - Przyjdź tu do mnie. - wyszeptała nagle.
Oczami Julii
- No chodź. - powtórzyłam. Po policzkach spływały mi łzy. Usłyszałam czyjeś kroki. Podniosłam wzrok. - M-m-mike? - byłam pewna, że to był właśnie on, że przyszedł do mnie, jak go wezwałam. - To ty? - chłopak zdjął kaptur. - ... Justin? Co ty tu robisz? - mówiłam do niego łagodnie. Oblizał nerwowo wargi.
- Przepraszam. Chciałem sprawdzić gdzie idziesz... - nic nie odpowiedziałam. Moje oczy nadal wypełnione były licznymi łzami. - Powiedz mi... Kto to jest Mike? Wytłumacz mi wszystko. Zaufaj mi. Mi naprawdę możesz zaufać!
- Nie wiem czy pamiętasz. - zaczęła po chwili ciszy. - Jak ci mówiłam, że mój brat nie żyje. Mike... W zasadzie Michael... To mój brat.
*
Oczami Justina
Siedzieliśmy w salonie na kanapie. Miała ślady łez na policzkach, jej oczy były lekko spuchnięte i zaczerwienione. Co chwilę pociągała nosem. Pragnąłem wiedzieć, o co chodzi. Najbardziej zainteresowało mnie zdanie "Ty przecież wiesz, czego ja się boję najbardziej". Czego Julia się boi?
- Kochanie, już ok. - uspakajałem ją. - Przepraszam za to, że cię uderzyłem, chociaż przez przypadek, i że cię potem śledziłem. Teraz powiedz mi wszystko. Czego się boisz? O co w ogóle chodzi?
Julia powiedziała mi o paru ważnych rzeczach. Na końcu dodała:
- To może być dla ciebie trudne, Justin. Nie chciałam ci tego mówić, byś się nie przejmował... Boję się, bo... Jesteś dla mnie bliską osobą. Fakt, przypominasz mi Mika, ale przecież ty jesteś dla mnie zupełnie kimś innym. Nie jestem z tobą dlatego, że jesteś do niego podobny!
- Hah, wiedziałem, że jesteśmy razem. - odpowiedziałem, zwracając uwagę na to, że powiedziała "jestem z tobą". Uśmiechnęła się.
- Wracając do rzeczy. - mówiła. - Bo ja... Ja się boję, że cię stracę jak jego.
- Hah, nie ma powodu, byś miała mnie stracić. - uśmiechnąłem się. Już wszystko było dobrze, i cieszyłem się widokiem mojej pięknej dziewczyny.
Oczami Julii
- Justin... - szepnęłam. - On... Miał problemy z sercem tak jak ty. - spojrzał na mnie nagle nieco przestraszony. - On ... Umarł z tego powodu.
- ... Ale... Ale... Ze mną już jest lepiej, a z nim... Nie było szans, prawda? Było z nim od dawna źle, przed jego śmiercią... Prawda? - pytał. Nie odpowiadałam, bo wiedziałam, że Jus mógłby się przejąć gdybym powiedziała prawdę. Michael umarł nagle. Nie był w złym, ani dobrym stanie. Był w takim, jak Justin teraz. Dobrym, ale nie najlepszym. Aż pewnego dnia wnet się pogorszyło... I po prostu odszedł. - Było z nim źle, prawda? - dopytywał się z nadzieją.
- To się stało nagle. - wyszeptałam. Justin wstał i spojrzał na mnie ze strachem.
- O matko... - złapał się za głowę. - To znaczy, że ja mogę umrzeć?
- Nie umrzesz. - odpowiedziałam tylko i wstałam.
- Ale to jest możliwe?! - podniósł głos.
- Nie umrzesz! - krzyknęłam. Justin odwrócił się nieprzekonany i poszedł do sypialni. - Nie umrzesz... Na pewno. - wyszeptałam do siebie, a po moim policzku spłynęła setna dzisiaj łza. - Mam taką nadzieję. - wyjęłam z portfela zdjęcia Michaela i zastanawiałam się nad tym wszystkim. - Nie umrzesz. Nie pozwolę na to.
♥
BARDZO WAŻNYCH KILKA SPRAW
Mam do Was parę ważnych spraw, które mogą was zainteresować. Najpierw jednak przeproszę, że rozdział ten składa się głównie z dialogów. Kolejny raz wam dziękuję. (: Przy tej notce chyba dojdzie już do 400 komentarzy w sumie na całym blogu, a do 11 tys. wejść już dobiliśmy!
1. Mam propozycję. Szykuje się konkurs dla moich czytelników. Udział może wziąć każdy. Będą rzecz jasna nagrody. Najpierw jednak pytam: Chcecie konkurs, czy nie? Chcę wiedzieć, czy ktokolwiek w ogóle w nim weźmie udział. Mam widzieć mnóstwo komentarzy pod tą notką od tych, którzy wezmą udział, bo jak nie - konkursu nie będzie! Jeśli będziecie prawdopodobnie brać udział to piszcie na dole. Uprzedzam, że konkurs będzie pisemny, będzie trzeba coś napisać. :] Chcecie?
2. Nie wszyscy z Was wiedzą, ale inną moją pasją prócz pisania opowiadań jest śpiewanie. Chodzę na lekcje śpiewu i prawdopodobnie jutro, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, nagrywam u nauczyciela cover. Piosenka będzie na YouTube pewnie w sobotę, o ile się to uda. Chcę wiedzieć, czy chcecie tego posłuchać. Jak tak - piszcie w komentarzach, żebym to opublikowała na blogu, bo nie jestem pewna, czy to zrobić. <3 Chcecie? Jeszcze jedno, co do tego. Mam być w tych coverach podpisywana imieniem i nazwiskiem czy może jakaś ksywka? [: Macie jakieś pomysły?
3. Podoba Wam się nowe tło? Jeśli tak podziękowania dla czytelniczki Kaśki, która same je wybrała. ;) Avatar także został nieco ulepszony. Lepsze niż poprzednie? Nie przeszkadza przy czytaniu? (:
KOCHAM WAS! ♥
Tagi:
17
17.05.2012 o godz. 21:10
komentuj (42)
17.20
Złożyłem pocałunek na jej zaróżowionych ustach i pogłaskałem czule po policzku. Uśmiechnąłem się lekko, a ona dotknęła mojej ręki, spoczywającej na jej ramieniu.
- Moja piękna dziewczyna. - wyszeptałem, ale na tyle głośno, że usłyszała to zarówno Julia, jak i Ten Koleś. Kątem oka zauważyłem, że chłopak zmarszczył brwi i przez chwilę tak się na nas patrzył. Potem włożył ręce do kieszeni czarnych spodni i odchrząknął. Julka spojrzała na niego. Uśmiechnęli się do siebie równocześnie, co mnie jeszcze bardziej zirytowało. - Moja piękna. - powtórzyłem ciut głośniej, by zwrócić na siebie uwagę dziewczyny. Wbiłem gniewny wzrok w stojącego w drzwiach gościa, on jednak nie chciał patrzeć mi w oczy i powiedział do Julki.
- To do jutra. - następnie odwrócił się i wyszedł z pokoju, zanim jego przyjaciółka zdążyła odpowiedzieć.
- Do jutra, Dave! - zawołała.
Więc Ten Koleś nazywa się Dave...
Następnego dnia, wtorek, 8.21
Dziewczyna obudziła się niedawno, a jednak już stała w nagrzanym przez słońce autobusie, a za niedługo zaczyna się jej pierwsza dzisiejsza lekcja w szkole. Związała swoje jasne blond włosy w kucyk, co chwilę wzdychała, walcząc z piekielnym gorącem. Całe szczęście ubrała się w sam raz na taką pogodę. Czapkę, którą niepotrzebnie zabrała ze sobą, trzymała w torbie. Zamyślona zapomniała na moment o wszystkim wokół, nawet o męczącym upale. Jej niebieskie niczym niebo oczy raziło złotawe słońce. Nastolatka wyglądała przez okno. Co za skwar! - wyszeptała do siebie, gdy oprzytomniała po długim zadumaniu. Nie myślała nad niczym konkretnym, po prostu o Justinie. O jego włosach, brązowych oczach, pięknym uśmiechu, przyjemnym charakterze, czułym głosie, dobrym sercu.
Pogładziłem dłonią okładkę książki. Facet czyta romansidła. Co za wstyd! Ubrałem się prędko i po przeczytaniu kilku rozdziałów zacząłem się zastanawiać jakich poetyckich tekstów użyć, by zwrócić na siebie uwagę Julii. Po zjedzeniu śniadania zbliżyłem się do okna i rozsunąłem liliowe zasłony. Całą sypialnię oświetlił blask słońca. Przymknąłem oczy i spojrzałem w środek akwarium od niechcenia.
- Gdy ten Dave znów się zbliży do mojej kobiety, nastraszę go naszymi królewskimi bestiami, milordzie. - wyszeptałem wodząc wzrokiem za jednym z małych włochatych pająków i uśmiechając się kpiąco pod nosem. - Ej, to dobry pomysł! - nagle wpadło mi do głowy. - Haha, swag! - zawołałem zadowolony z mojego szyderczego planu i delikatnie dotknąłem jednego pajęczaka, który uciekł od razu na drugą stronę akwarium. - Najpierw jednak sam muszę się do was przyzwyczaić. - dodałem na koniec i poszedłem zająć się innymi rzeczami.
14.51
- Bileciki do kontroli. - usłyszałam za sobą głos kontrolera biletów. Kompletnie zapomniałam skasować bilety! Odwróciłam głowę i spojrzałam za siebie. Kanar jeszcze nie był blisko mnie, ale lada chwila, a będzie za późno. Prędko więc zdjęłam z ramienia moją niebieską torbę Adidas i rozpoczęłam poszukiwania biletów. Czas mijał, a nie znalazłam ani jednego. W ostatniej chwili skierowałam się kupić bilety u kierowcy.
- Bileciki, poproszę. - mężczyzna stał już za mną i wbijał we mnie wzrok.
- No przecież po nie idę! - krzyknęłam i pobiegłam do prowadzącego autobus.
Pół godziny później
Pod domem czekał na mnie Dave. Tym razem nie mamy do zrobienia żadnego plakatu, ani prezentacji, jednak postanowiliśmy, że po mile spędzonych razem wczoraj chwilach spotkamy się dzisiaj po raz kolejny. Powitałam go uśmiechem i zaprosiłam do środka. Zrzuciłam z ramienia torbę i głośno sapnęłam.
- Co ty tam dźwigasz za ciężary? Kamienie? - spytał Dave i zaśmiał się cicho.
Energicznie schowałem książkę do szuflady, ponieważ do moich uszu doszły czyjeś słowa. Na pewno Julii... i... O nie! Znów Ten Koleś. Nie rozróżniałem poszczególnych słów, ale słyszałem miły, a zarazem wesoły ton ich głosów. Czasami w domu rozbrzmiewał ich śmiech. Naburmuszony zbliżyłem się do parapetu i spojrzałem na obrzydliwe pająki. Pomyślałem jednak, że może nie będę tak brutalny i postaram się być uprzejmy. Pójdę tam do nich i zapoznam się bardziej z chłopakiem, a dopiero kiedy zauważę coś podejrzanego między nim a Julką, wtedy zacznę działać i będzie się działo. Przejrzałem się w lustrze, a następnie wyszedłem z pokoju, upewniając się ostatni raz czy romansidło zostało porządnie schowane. Co to by było, gdyby na przykład Ten Koleś (wiem, że już znam jego imię, jednak przyzwyczaiłem się do tej ksywki) dowiedział się o tym, że czytam babskie książki!
- Hej, co tam? - zawołałem, będąc już blisko Julii i jej gościa.
- Cześć, Justin! Jak spędziłeś dzień? - dziewczyna uśmiechnęła się na mój widok serdecznie, a ja odwzajemniłem jej tym samym.
- Siema! - przywitał się jej kolega. - Jestem przyjacielem Julki. Nazywam się Dave. - przedstawił się.
- Jestem Justin, chociaż pewnie to wiesz. - odpowiedziałem. Nie był to ani miły ton, ani wrogi.
- Wiem. - chłopak nie był zbyt rozmowny.
- To ja wam nie przeszkadzam. - schowałem ręce do kieszeni i oddaliłem się. Skierowałem się do sypialni, ale zatrzymałem się pod ścianą chcąc podsłuchać o czym będą rozmawiać nastolatkowie. Na początku nie było ani nic ciekawego, ani podejrzanego, więc nie będę was nudził szczegółową wymianą zdań tych dwojga. Nagle jednak nastała niepokojąca cisza, więc zacząłem ich obserwować, starając się zostać niezauważonym.
- Ładnie wyglądasz. - skomplementował mnie Dave. Uśmiechnęłam się nieco. Wiedziałam, że chłopak ten lubi czasem powiedzieć coś sympatycznego do koleżanek, więc nie podejrzewałam go o nic.
- Dziękuję. - odpowiedziałam.
- Pomóc ci wnieść tę torbę do pokoju? Jest bardzo ciężka. Po co masz się męczyć? - zaproponował.
- Nie, dzięki. Poradzę sobie sama. Na prawdę.
- Tylko pytam. - odrzekł, po czym zaczął przyglądać się uważnie moim włosom. Spostrzegł spinkę, ledwo trzymającą się na kosmykach. Wydawałoby się, że zaraz zsunie się i spadnie na ziemię. Dave rozpiął mi spinkę i przyczepił mocniej, zgarniając przy okazji część grzywki, delikatnie mnie przy tym łaskocząc. Uśmiechnęłam się. - O wiele lepiej. - powiedział.
- Dzięki, hah.
Komplementy? Pomoc w niesieniu torby? Poprawianie włosów? O nie! Chłopak ostro przesadził. Julka nic nie reaguje? Chyba wie, że jest moją dziewczyną... Czy my o tym rozmawialiśmy? Ona nie jest głupia, i tak by się domyśliła! Pobiegłem do pokoju i stanąłem przy parapecie.
- Co za głupi facet! Pewnie nie ma nawet prawa jazdy! - mówiłem do siebie po cichu, z trudem powstrzymując się od wybuchu gniewu. Złość wzięła górę nad strachem, więc błyskawicznie wziąłem pająka na rękę i schowałem do kieszeni bluzy, po czym jak gdyby nigdy nic wędrowałem sobie przez salon, pilnując, by małe stworzenie nigdzie nie uciekło. Przechodziłem koło Dava i szybkim ruchem przełożyłem zwierzę na jego koszulę. Zorientowali się dopiero po trzech minutach, gdy już kryłem się za ścianą.
- O matko! Po mnie chodzi pająk! - zawołał Dave, jednak mało przerażony. Zdenerwowany, że mój plan się nie powiódł, słuchałem dalej.
- Ooo, zaraz ci zdejmę. Pewnie uciekł z akwarium. To rzadko się zdarza. Aż tu zawędrował? - to mówiąc Julia trzymała już na dłoniach małe stworzenie.
- Dziękuję ci, Julia. - odpowiedział, robiąc miły akcent na jej imię. Tego już za wiele! Wstałem, nie mogąc powstrzymać złości, która powiększała się z każdą sekundą. Pobiegłem do salonu, nie zastanawiając się nad konsekwencjami tego, co zaraz zrobię. Już miałem dać z liścia Temu Kolesiowi, kiedy on się w ostatniej chwili odchylił, i oberwała ode mnie w twarz stojąca przy nim Julia. Cholera!
- Oh, kotku! Przepraszam! - zacząłem gładzić ją po zaczerwienionym już lekko policzku. Ale ją mocno walnąłem. Chyba piętro niżej słyszeli. Tego jeszcze brakowało!
Dave patrzył na mnie zdziwiony, co tak nagle mnie wzięło. Akurat! Udaje niewiniątko! Cisza... Spojrzałem na Julię. Ta dopiero teraz oprzytomniała po uderzeniu i spojrzała na mnie, a w jej wzroku było widać mieszane uczucia. Zdziwienie, ból, niepewność i... Coś, czego nie mogę rozpoznać. Wydawało mi się, że zaraz mi się oberwie od Julki, od Dava... albo od obu naraz.
Chcę Wam jeszcze tylko powiedzieć jedną rzecz. Dziękuję. Za to, że jesteście, że mam dla kogo pisać. Jesteście wszystkie naprawdę miłe i przyjazne, bardzo Was lubię. Cieszy mnie, bo często pytacie kiedy nn i opowiadacie jak wam się podobały rozdziały. Dajecie sympatyczne komentarze i piszecie o tym blogu pozytywnie w prywatnych wiadomościach do mnie. Pamiętam o każdej z Was, i zależy mi o zdaniu każdej.
Przypominam też, że jak chcecie być powiadamiani o nn to piszcie na GG, bo tylko tam powiadamiam. (:
Już wkrótce będzie 10 tys. wejść na tego bloga i 350 komentarzy w sumie! Wow! Wszystko dzięki Wam! Dziękuję! #MuchLove
Chciałam podziękować czytelniczce Magdzie za super zestaw ubrań, którego użyłam w blogu. :)
Składam spóźnione życzenia Mai, która wczoraj obchodziła urodziny. (: Wszystkiego najlepszego!
Często pytacie mnie o fajne blogi albo każecie polecić swoje na tym blogu. Za dużo Was jest, by spamiętać, więc polecę tylko trzy:
- Blog Dominiki, która była jedną z pierwszych czytelniczek. :)
- Blog kolejnej Dominiki. :)
- I blog Karoliny, która jest naprawdę miła i tak jej się odwdzięczę, za to, że jest. :)
Dziękuję Wam jeszcze raz i zapraszam na inne blogi, wystarczy, że zaglądniecie do listy moich obserwatorów albo znajomych na bloblo. Tam tego mnóstwo!
Oczami Justina
Złożyłem pocałunek na jej zaróżowionych ustach i pogłaskałem czule po policzku. Uśmiechnąłem się lekko, a ona dotknęła mojej ręki, spoczywającej na jej ramieniu.
- Moja piękna dziewczyna. - wyszeptałem, ale na tyle głośno, że usłyszała to zarówno Julia, jak i Ten Koleś. Kątem oka zauważyłem, że chłopak zmarszczył brwi i przez chwilę tak się na nas patrzył. Potem włożył ręce do kieszeni czarnych spodni i odchrząknął. Julka spojrzała na niego. Uśmiechnęli się do siebie równocześnie, co mnie jeszcze bardziej zirytowało. - Moja piękna. - powtórzyłem ciut głośniej, by zwrócić na siebie uwagę dziewczyny. Wbiłem gniewny wzrok w stojącego w drzwiach gościa, on jednak nie chciał patrzeć mi w oczy i powiedział do Julki.
- To do jutra. - następnie odwrócił się i wyszedł z pokoju, zanim jego przyjaciółka zdążyła odpowiedzieć.
- Do jutra, Dave! - zawołała.
Więc Ten Koleś nazywa się Dave...
Następnego dnia, wtorek, 8.21
Dziewczyna obudziła się niedawno, a jednak już stała w nagrzanym przez słońce autobusie, a za niedługo zaczyna się jej pierwsza dzisiejsza lekcja w szkole. Związała swoje jasne blond włosy w kucyk, co chwilę wzdychała, walcząc z piekielnym gorącem. Całe szczęście ubrała się w sam raz na taką pogodę. Czapkę, którą niepotrzebnie zabrała ze sobą, trzymała w torbie. Zamyślona zapomniała na moment o wszystkim wokół, nawet o męczącym upale. Jej niebieskie niczym niebo oczy raziło złotawe słońce. Nastolatka wyglądała przez okno. Co za skwar! - wyszeptała do siebie, gdy oprzytomniała po długim zadumaniu. Nie myślała nad niczym konkretnym, po prostu o Justinie. O jego włosach, brązowych oczach, pięknym uśmiechu, przyjemnym charakterze, czułym głosie, dobrym sercu.
Oczami Justina
Pogładziłem dłonią okładkę książki. Facet czyta romansidła. Co za wstyd! Ubrałem się prędko i po przeczytaniu kilku rozdziałów zacząłem się zastanawiać jakich poetyckich tekstów użyć, by zwrócić na siebie uwagę Julii. Po zjedzeniu śniadania zbliżyłem się do okna i rozsunąłem liliowe zasłony. Całą sypialnię oświetlił blask słońca. Przymknąłem oczy i spojrzałem w środek akwarium od niechcenia.
- Gdy ten Dave znów się zbliży do mojej kobiety, nastraszę go naszymi królewskimi bestiami, milordzie. - wyszeptałem wodząc wzrokiem za jednym z małych włochatych pająków i uśmiechając się kpiąco pod nosem. - Ej, to dobry pomysł! - nagle wpadło mi do głowy. - Haha, swag! - zawołałem zadowolony z mojego szyderczego planu i delikatnie dotknąłem jednego pajęczaka, który uciekł od razu na drugą stronę akwarium. - Najpierw jednak sam muszę się do was przyzwyczaić. - dodałem na koniec i poszedłem zająć się innymi rzeczami.
14.51
Oczami Julii
- Bileciki do kontroli. - usłyszałam za sobą głos kontrolera biletów. Kompletnie zapomniałam skasować bilety! Odwróciłam głowę i spojrzałam za siebie. Kanar jeszcze nie był blisko mnie, ale lada chwila, a będzie za późno. Prędko więc zdjęłam z ramienia moją niebieską torbę Adidas i rozpoczęłam poszukiwania biletów. Czas mijał, a nie znalazłam ani jednego. W ostatniej chwili skierowałam się kupić bilety u kierowcy.
- Bileciki, poproszę. - mężczyzna stał już za mną i wbijał we mnie wzrok.
- No przecież po nie idę! - krzyknęłam i pobiegłam do prowadzącego autobus.
Pół godziny później
Pod domem czekał na mnie Dave. Tym razem nie mamy do zrobienia żadnego plakatu, ani prezentacji, jednak postanowiliśmy, że po mile spędzonych razem wczoraj chwilach spotkamy się dzisiaj po raz kolejny. Powitałam go uśmiechem i zaprosiłam do środka. Zrzuciłam z ramienia torbę i głośno sapnęłam.
- Co ty tam dźwigasz za ciężary? Kamienie? - spytał Dave i zaśmiał się cicho.
Oczami Justina
Energicznie schowałem książkę do szuflady, ponieważ do moich uszu doszły czyjeś słowa. Na pewno Julii... i... O nie! Znów Ten Koleś. Nie rozróżniałem poszczególnych słów, ale słyszałem miły, a zarazem wesoły ton ich głosów. Czasami w domu rozbrzmiewał ich śmiech. Naburmuszony zbliżyłem się do parapetu i spojrzałem na obrzydliwe pająki. Pomyślałem jednak, że może nie będę tak brutalny i postaram się być uprzejmy. Pójdę tam do nich i zapoznam się bardziej z chłopakiem, a dopiero kiedy zauważę coś podejrzanego między nim a Julką, wtedy zacznę działać i będzie się działo. Przejrzałem się w lustrze, a następnie wyszedłem z pokoju, upewniając się ostatni raz czy romansidło zostało porządnie schowane. Co to by było, gdyby na przykład Ten Koleś (wiem, że już znam jego imię, jednak przyzwyczaiłem się do tej ksywki) dowiedział się o tym, że czytam babskie książki!
- Hej, co tam? - zawołałem, będąc już blisko Julii i jej gościa.
- Cześć, Justin! Jak spędziłeś dzień? - dziewczyna uśmiechnęła się na mój widok serdecznie, a ja odwzajemniłem jej tym samym.
- Siema! - przywitał się jej kolega. - Jestem przyjacielem Julki. Nazywam się Dave. - przedstawił się.
- Jestem Justin, chociaż pewnie to wiesz. - odpowiedziałem. Nie był to ani miły ton, ani wrogi.
- Wiem. - chłopak nie był zbyt rozmowny.
- To ja wam nie przeszkadzam. - schowałem ręce do kieszeni i oddaliłem się. Skierowałem się do sypialni, ale zatrzymałem się pod ścianą chcąc podsłuchać o czym będą rozmawiać nastolatkowie. Na początku nie było ani nic ciekawego, ani podejrzanego, więc nie będę was nudził szczegółową wymianą zdań tych dwojga. Nagle jednak nastała niepokojąca cisza, więc zacząłem ich obserwować, starając się zostać niezauważonym.
Oczami Julii
- Ładnie wyglądasz. - skomplementował mnie Dave. Uśmiechnęłam się nieco. Wiedziałam, że chłopak ten lubi czasem powiedzieć coś sympatycznego do koleżanek, więc nie podejrzewałam go o nic.
- Dziękuję. - odpowiedziałam.
- Pomóc ci wnieść tę torbę do pokoju? Jest bardzo ciężka. Po co masz się męczyć? - zaproponował.
- Nie, dzięki. Poradzę sobie sama. Na prawdę.
- Tylko pytam. - odrzekł, po czym zaczął przyglądać się uważnie moim włosom. Spostrzegł spinkę, ledwo trzymającą się na kosmykach. Wydawałoby się, że zaraz zsunie się i spadnie na ziemię. Dave rozpiął mi spinkę i przyczepił mocniej, zgarniając przy okazji część grzywki, delikatnie mnie przy tym łaskocząc. Uśmiechnęłam się. - O wiele lepiej. - powiedział.
- Dzięki, hah.
Oczami Justina
Komplementy? Pomoc w niesieniu torby? Poprawianie włosów? O nie! Chłopak ostro przesadził. Julka nic nie reaguje? Chyba wie, że jest moją dziewczyną... Czy my o tym rozmawialiśmy? Ona nie jest głupia, i tak by się domyśliła! Pobiegłem do pokoju i stanąłem przy parapecie.
- Co za głupi facet! Pewnie nie ma nawet prawa jazdy! - mówiłem do siebie po cichu, z trudem powstrzymując się od wybuchu gniewu. Złość wzięła górę nad strachem, więc błyskawicznie wziąłem pająka na rękę i schowałem do kieszeni bluzy, po czym jak gdyby nigdy nic wędrowałem sobie przez salon, pilnując, by małe stworzenie nigdzie nie uciekło. Przechodziłem koło Dava i szybkim ruchem przełożyłem zwierzę na jego koszulę. Zorientowali się dopiero po trzech minutach, gdy już kryłem się za ścianą.
- O matko! Po mnie chodzi pająk! - zawołał Dave, jednak mało przerażony. Zdenerwowany, że mój plan się nie powiódł, słuchałem dalej.
- Ooo, zaraz ci zdejmę. Pewnie uciekł z akwarium. To rzadko się zdarza. Aż tu zawędrował? - to mówiąc Julia trzymała już na dłoniach małe stworzenie.
- Dziękuję ci, Julia. - odpowiedział, robiąc miły akcent na jej imię. Tego już za wiele! Wstałem, nie mogąc powstrzymać złości, która powiększała się z każdą sekundą. Pobiegłem do salonu, nie zastanawiając się nad konsekwencjami tego, co zaraz zrobię. Już miałem dać z liścia Temu Kolesiowi, kiedy on się w ostatniej chwili odchylił, i oberwała ode mnie w twarz stojąca przy nim Julia. Cholera!
- Oh, kotku! Przepraszam! - zacząłem gładzić ją po zaczerwienionym już lekko policzku. Ale ją mocno walnąłem. Chyba piętro niżej słyszeli. Tego jeszcze brakowało!
Dave patrzył na mnie zdziwiony, co tak nagle mnie wzięło. Akurat! Udaje niewiniątko! Cisza... Spojrzałem na Julię. Ta dopiero teraz oprzytomniała po uderzeniu i spojrzała na mnie, a w jej wzroku było widać mieszane uczucia. Zdziwienie, ból, niepewność i... Coś, czego nie mogę rozpoznać. Wydawało mi się, że zaraz mi się oberwie od Julki, od Dava... albo od obu naraz.
♥
Chcę Wam jeszcze tylko powiedzieć jedną rzecz. Dziękuję. Za to, że jesteście, że mam dla kogo pisać. Jesteście wszystkie naprawdę miłe i przyjazne, bardzo Was lubię. Cieszy mnie, bo często pytacie kiedy nn i opowiadacie jak wam się podobały rozdziały. Dajecie sympatyczne komentarze i piszecie o tym blogu pozytywnie w prywatnych wiadomościach do mnie. Pamiętam o każdej z Was, i zależy mi o zdaniu każdej.
Przypominam też, że jak chcecie być powiadamiani o nn to piszcie na GG, bo tylko tam powiadamiam. (:
Już wkrótce będzie 10 tys. wejść na tego bloga i 350 komentarzy w sumie! Wow! Wszystko dzięki Wam! Dziękuję! #MuchLove
Chciałam podziękować czytelniczce Magdzie za super zestaw ubrań, którego użyłam w blogu. :)
Składam spóźnione życzenia Mai, która wczoraj obchodziła urodziny. (: Wszystkiego najlepszego!
Często pytacie mnie o fajne blogi albo każecie polecić swoje na tym blogu. Za dużo Was jest, by spamiętać, więc polecę tylko trzy:
- Blog Dominiki, która była jedną z pierwszych czytelniczek. :)
- Blog kolejnej Dominiki. :)
- I blog Karoliny, która jest naprawdę miła i tak jej się odwdzięczę, za to, że jest. :)
Dziękuję Wam jeszcze raz i zapraszam na inne blogi, wystarczy, że zaglądniecie do listy moich obserwatorów albo znajomych na bloblo. Tam tego mnóstwo!
Tagi:
16
Poniedziałek, 8.12
Ziewnąłem przeciągle i pogrążyłem się w lekturze listu. Szczerze mówiąc nie myślałem nad tym, co czytam, ale nad tym, że chętnie bym zjadł jajecznicę z bekonem albo przekąsił kiełbasę z grilla, taką, jaką robiła babcia na wakacje. Ja i dziadek chodziliśmy łowić ryby niedaleko domu, a babcia i mama zajmowały się przysmakami, i nie znam nic równie dobrego jak właśnie kiełbasa z grilla robiona przez te dwie kobiety. No chyba, że żelki.
Przeczytałem list jeszcze raz, tym razem próbując cokolwiek z niego pojąć.
Może to się wydawać dziwne dla ciebie, ale jest dziś poniedziałek, więc poszłam do szkoły. :) Śniadanie jest w kuchni. Czuj się jak u siebie w domu, a ja wrócę niebawem. Dzwoń w razie czego!
Tak to skomplikowanie ujęła, że niewiele rozumiem. Poszłam do szkoły? Śniadanie jest w kuchni? Co to ma w ogóle znaczyć? O co chodzi?
Oczywiście tylko żartuję, wiadomo, że zerwałem się i pobiegłem zjeść. Dopiero, gdy nasycony położyłem się na kanapie z pilotem w ręku uświadomiłem sobie o drugiej części listu. Co ja będę tu robił sam? Wstałem, ubrałem się i postanowiłem, że rozejrzę się trochę po domu. Czas szybko zleciał, i zanim się obejrzałem było już około 13.00. Do tej pory zbadałem prawie całe mieszkanie. To pomogło mi dowiedzieć się ciut więcej o Julce.
Zauważyłem gitarę w kącie jej pokoju. Podejrzewam, że Julka na niej gra. Chwyciłem instrument, usiadłem na łóżku i pobrzdąkałem chwilę, ponieważ dawno nie miałem okazji zagrać, a teraz, gdy się taka natrafiła, zrobiłem to z wielką przyjemnością, a następnie z uśmiechem odłożyłem przedmiot na miejsce. Widziałem mnóstwo książek należących do Julii. Były to babskie romansidła. Przerzucając parę stron zorientowałem się, że lektury te są wyjątkowo poetyckie, uczuciowe, w sam raz dla marzycielek. Ona zawsze wydawała mi się taką właśnie marzycielką, spokojną, cichą. Jednak dziewczyna kryje w sobie wiele tajemnic, bo nigdy mi się z nią nie nudzi.
Przesunąłem palcami po gładkiej okładce jednej z książek o zakochanej czarodziejce. Uśmiechnąłem się sam do siebie i odłożyłem wspomniane dzieło do szuflady. Zamierzałem jeszcze w niedalekiej przyszłości zajrzeć do tej opowieści, ale dlaczego - powiem wam potem. Od razu mówię, że nie czytam kobiecych utworów.
Spokojnie szedłem dalej wzdłuż pomieszczania. Natknąłem się na akwarium stojące na parapecie przy oknie.
- Dzień dobry, rybki! - zawołałem jakby sam do siebie, ale nikt nie byłby w stanie opisać mojego zaskoczenia, gdy zamiast ryb ujrzałem za szybą... pająki! Odskoczyłem jak oparzony, ale zaraz głupio mi się zrobiło, myśląc sobie, co ze mnie za tchórz. - Czego się boisz, bałwanie? - mówiąc to zbliżyłem się z powrotem do akwarium i zajrzałem do środka od góry. Moim oczom ukazały się obrzydliwe brązowe i szare pajęczaki o cienkich odrażających odnóżach. Stąpały pewnie po gruncie, a inne wskakiwały niespodziewanie na szyby. Wzdrygnąłem się. - Milordzie, to mi się nie podoba. Nasza królewna hoduje tu jakieś ohydztwo!
Puknąłem w szybkę, gdzie z drugiej strony przesiadywał jeden z pająków. Od razu po stuknięciu zwierzę spadło na dno akwarium... O ile w ogóle można to nazwać zwierzęciem.
- Fuj! - ogarnęło mnie obrzydzenie, więc wychodząc z pokoju sprawdziłem na wszelki wypadek, czy nie siedzi na mnie żadne z tych paskudnych stworzeń.
Będąc w salonie dojrzałem mikrofon stojący na jednej nóżce w kącie pomieszczenia. Przedtem go tu nie widziałem. Zbliżyłem się i majsterkując odrobinę podłączyłem go do głośników i włączyłem.
- Swag, swag. - wyszeptałem do urządzenia, a mój głos rozległ się dookoła mnie. - Swaggie! - wymruczałem i zająłem się innymi rzeczami.
13.53
Właśnie przyglądałem się starym fotografiom Julii. Taka była z niej pulchniutka buba, gdy była mniejsza. Zaśmiałem się po cichu i wziąłem jedno ze zdjęć do dłoni, lecz wtem usłyszałem jak ktoś otwiera drzwi, więc czym prędzej schowałem je do kieszeni. Usłyszałem głos Julki, jej śmiech. Szybko przejrzałem się w najbliższym lustrze. Poprawiłem nieco włosy... Spojrzałem na mój strój. Miałem na sobie fioletową bluzę z kapturem, jeansy, o dość szarym kolorze, i granatowe conversy. Pokiwałem głową, włożyłem dłonie do kieszeni. Założyłem kaptur, by fajniej wyglądać, po czym pobiegłem uśmiechnięty przywitać Julkę.
Tyle, że ona tam stała z innym chłopakiem. Oboje się śmiali, i jak widać facet ten miał zamiar wejść do mieszkania razem z nią. Znieruchomiałem. Z mojego zaskoczenia aż mi kaptur spadł z głowy. Zmarszczyłem brwi i spojrzałem na Julię pytająco.
- A to kto? - spytał tenże gość i zerknął na mnie kątem oka, lecz twarzą nadal był skierowany ku dziewczynie.
Naburmuszony leżałem na łóżku i gapiłem się w ekran komórki, podczas gdy Julka i Ten Koleś siedzieli w innym pokoju i podobno robili plakat do szkoły związany z akcjami charytatywnymi. Każde ich słowo słyszałem, ponieważ drzwi były otwarte. Szczerze przyznam, że wszystko co Ten Koleś powiedział, i co doszło do moich uszu, przedrzeźniałem po cichu ze złością.
- A podpiszemy się z przodu czy z tyłu? - pytała Julka.
- Pewnie, że z tyłu! - odpowiedział.
- Z tyłu, z tyłu! - gadałem zbulwersowany. - Z tyłu to ty masz... tyłek. - a potem ucichłem, bo zastanawiałem się czemu ja w ogóle się złoszczę. Czy ja jestem zazdrosny? Chyba tak. W końcu Julka mogła mnie zaprosić do pracy nad plakatem. Chyba. Byłoby fajniej, ale jak widać na chwilę o mnie zapomniała. I tak minęło sporo czasu aż do wieczora.
17.10
- W końcu skończyliśmy! - usłyszałem Julkę.
- Nareszcie... - odetchnął z ulgą Ten Koleś.
Potem oboje się zaśmiali, a mi się zrobiło przykro... Tak, byłem smutny, bo myślałem, że tylko ja się tak dobrze dogaduję z tą dziewczyną, ale się myliłem. Wstałem i podszedłem do szuflady, skąd wyjąłem książkę Julii. Zamknąłem drzwi od pokoju, delikatnie, by nikt nie usłyszał. Położyłem się na łóżku i czytałem. Chciałem wiedzieć, co czyta bliska mi nastolatka, i przy okazji może odrobinę poprawić sobie humor. Na początku przerzucałem kartki i czytałem pojedyncze zdania, które mi wpadły w oczy. "Popatrzyli sobie w oczy". Zajrzałem na inną stronę. "Mimo tego cały czas trzymali się za ręce, bo byli sobie jedynym co im zostało" Kolejna kartka. "Ale ten młodzieniec był dla niej wszystkim" Następna. "Podstawowa zasada - jeśli kochasz jakąś dziewczynę, to jej powiedz" Już zamierzałem przerzucić ponownie parę stron, ale znieruchomiałem. Ta książka daje mi dużo do zrozumienia. Postanowiłem czytać od początku.
Lektura mnie bardzo wciągnęła. Sam się temu dziwiłem, ale byłem pewny, że to tylko dlatego, że zacząłem kochać. Przedtem, gdy nie podobały mi się romantyczne książki, nie kochałem. A teraz kocham i rozumiem... Wszystko.
Nagle usłyszałem otwieranie drzwi. Szybko schowałem głowę w poduszce i udawałem, że śpię.
- Justin? - Julia zbliżyła się i usiadła obok. Gdy pomyślała już, że śpię, zaczęła głaskać mnie po głowie i po ramieniu. Spod przymkniętych powiek zauważyłem, że przy mnie nadal leży opowieść, którą czytałem. Nie chciałem, by Julka się dowiedziała, że w ogóle się z tym dziełem kiedykolwiek spotkałem. Wstydziłem się tego. Delikatnie i powoli sięgnąłem ręką po książkę i schowałem ją pod kołdrę. Julia nic nie zauważyła. Musiałem zaczerpnąć świeżego powietrza, którego tu - głęboko w poduszce - jednak brakowało. Lekko przekręciłem głowę w stronę Julki, lecz nagle poczułem silny ból w klatce i syknąłem. Spojrzałem na nią. W jej oczach kryło się zatroskanie, ale coś jeszcze. Nie potrafiłem odkryć co to jest. Dlatego ona jest taka tajemnicza.
- Ohh, Julka... Nie wiedziałem, że tu siedzisz. - udawałem zaskoczenie.
Chciała coś odpowiedzieć, ale nagle do naszych uszu dobiegły kroki Tego Kolesia, których dźwięk wciąż narastał, i narastał. Bez namysłu objąłem Julkę za szyję. Tak, to musiało być teraz.
- Niech zobaczy kto tu rządzi... - wyszeptałem niepewny dlaczego powiedziałem to na głos, i od razu pocałowałem Julkę. Wiedziałem, że ją to zaskoczyło, a ja byłem niezmiernie ciekaw jak zareaguje jej kolega na taki widok.
Oczami Justina
Ziewnąłem przeciągle i pogrążyłem się w lekturze listu. Szczerze mówiąc nie myślałem nad tym, co czytam, ale nad tym, że chętnie bym zjadł jajecznicę z bekonem albo przekąsił kiełbasę z grilla, taką, jaką robiła babcia na wakacje. Ja i dziadek chodziliśmy łowić ryby niedaleko domu, a babcia i mama zajmowały się przysmakami, i nie znam nic równie dobrego jak właśnie kiełbasa z grilla robiona przez te dwie kobiety. No chyba, że żelki.
Przeczytałem list jeszcze raz, tym razem próbując cokolwiek z niego pojąć.
Justin!
Może to się wydawać dziwne dla ciebie, ale jest dziś poniedziałek, więc poszłam do szkoły. :) Śniadanie jest w kuchni. Czuj się jak u siebie w domu, a ja wrócę niebawem. Dzwoń w razie czego!
Julia
Tak to skomplikowanie ujęła, że niewiele rozumiem. Poszłam do szkoły? Śniadanie jest w kuchni? Co to ma w ogóle znaczyć? O co chodzi?
Oczywiście tylko żartuję, wiadomo, że zerwałem się i pobiegłem zjeść. Dopiero, gdy nasycony położyłem się na kanapie z pilotem w ręku uświadomiłem sobie o drugiej części listu. Co ja będę tu robił sam? Wstałem, ubrałem się i postanowiłem, że rozejrzę się trochę po domu. Czas szybko zleciał, i zanim się obejrzałem było już około 13.00. Do tej pory zbadałem prawie całe mieszkanie. To pomogło mi dowiedzieć się ciut więcej o Julce.
Zauważyłem gitarę w kącie jej pokoju. Podejrzewam, że Julka na niej gra. Chwyciłem instrument, usiadłem na łóżku i pobrzdąkałem chwilę, ponieważ dawno nie miałem okazji zagrać, a teraz, gdy się taka natrafiła, zrobiłem to z wielką przyjemnością, a następnie z uśmiechem odłożyłem przedmiot na miejsce. Widziałem mnóstwo książek należących do Julii. Były to babskie romansidła. Przerzucając parę stron zorientowałem się, że lektury te są wyjątkowo poetyckie, uczuciowe, w sam raz dla marzycielek. Ona zawsze wydawała mi się taką właśnie marzycielką, spokojną, cichą. Jednak dziewczyna kryje w sobie wiele tajemnic, bo nigdy mi się z nią nie nudzi.
Przesunąłem palcami po gładkiej okładce jednej z książek o zakochanej czarodziejce. Uśmiechnąłem się sam do siebie i odłożyłem wspomniane dzieło do szuflady. Zamierzałem jeszcze w niedalekiej przyszłości zajrzeć do tej opowieści, ale dlaczego - powiem wam potem. Od razu mówię, że nie czytam kobiecych utworów.
Spokojnie szedłem dalej wzdłuż pomieszczania. Natknąłem się na akwarium stojące na parapecie przy oknie.
- Dzień dobry, rybki! - zawołałem jakby sam do siebie, ale nikt nie byłby w stanie opisać mojego zaskoczenia, gdy zamiast ryb ujrzałem za szybą... pająki! Odskoczyłem jak oparzony, ale zaraz głupio mi się zrobiło, myśląc sobie, co ze mnie za tchórz. - Czego się boisz, bałwanie? - mówiąc to zbliżyłem się z powrotem do akwarium i zajrzałem do środka od góry. Moim oczom ukazały się obrzydliwe brązowe i szare pajęczaki o cienkich odrażających odnóżach. Stąpały pewnie po gruncie, a inne wskakiwały niespodziewanie na szyby. Wzdrygnąłem się. - Milordzie, to mi się nie podoba. Nasza królewna hoduje tu jakieś ohydztwo!
Puknąłem w szybkę, gdzie z drugiej strony przesiadywał jeden z pająków. Od razu po stuknięciu zwierzę spadło na dno akwarium... O ile w ogóle można to nazwać zwierzęciem.
- Fuj! - ogarnęło mnie obrzydzenie, więc wychodząc z pokoju sprawdziłem na wszelki wypadek, czy nie siedzi na mnie żadne z tych paskudnych stworzeń.
Będąc w salonie dojrzałem mikrofon stojący na jednej nóżce w kącie pomieszczenia. Przedtem go tu nie widziałem. Zbliżyłem się i majsterkując odrobinę podłączyłem go do głośników i włączyłem.
- Swag, swag. - wyszeptałem do urządzenia, a mój głos rozległ się dookoła mnie. - Swaggie! - wymruczałem i zająłem się innymi rzeczami.
13.53
Właśnie przyglądałem się starym fotografiom Julii. Taka była z niej pulchniutka buba, gdy była mniejsza. Zaśmiałem się po cichu i wziąłem jedno ze zdjęć do dłoni, lecz wtem usłyszałem jak ktoś otwiera drzwi, więc czym prędzej schowałem je do kieszeni. Usłyszałem głos Julki, jej śmiech. Szybko przejrzałem się w najbliższym lustrze. Poprawiłem nieco włosy... Spojrzałem na mój strój. Miałem na sobie fioletową bluzę z kapturem, jeansy, o dość szarym kolorze, i granatowe conversy. Pokiwałem głową, włożyłem dłonie do kieszeni. Założyłem kaptur, by fajniej wyglądać, po czym pobiegłem uśmiechnięty przywitać Julkę.
Tyle, że ona tam stała z innym chłopakiem. Oboje się śmiali, i jak widać facet ten miał zamiar wejść do mieszkania razem z nią. Znieruchomiałem. Z mojego zaskoczenia aż mi kaptur spadł z głowy. Zmarszczyłem brwi i spojrzałem na Julię pytająco.
- A to kto? - spytał tenże gość i zerknął na mnie kątem oka, lecz twarzą nadal był skierowany ku dziewczynie.
*
Naburmuszony leżałem na łóżku i gapiłem się w ekran komórki, podczas gdy Julka i Ten Koleś siedzieli w innym pokoju i podobno robili plakat do szkoły związany z akcjami charytatywnymi. Każde ich słowo słyszałem, ponieważ drzwi były otwarte. Szczerze przyznam, że wszystko co Ten Koleś powiedział, i co doszło do moich uszu, przedrzeźniałem po cichu ze złością.
- A podpiszemy się z przodu czy z tyłu? - pytała Julka.
- Pewnie, że z tyłu! - odpowiedział.
- Z tyłu, z tyłu! - gadałem zbulwersowany. - Z tyłu to ty masz... tyłek. - a potem ucichłem, bo zastanawiałem się czemu ja w ogóle się złoszczę. Czy ja jestem zazdrosny? Chyba tak. W końcu Julka mogła mnie zaprosić do pracy nad plakatem. Chyba. Byłoby fajniej, ale jak widać na chwilę o mnie zapomniała. I tak minęło sporo czasu aż do wieczora.
17.10
- W końcu skończyliśmy! - usłyszałem Julkę.
- Nareszcie... - odetchnął z ulgą Ten Koleś.
Potem oboje się zaśmiali, a mi się zrobiło przykro... Tak, byłem smutny, bo myślałem, że tylko ja się tak dobrze dogaduję z tą dziewczyną, ale się myliłem. Wstałem i podszedłem do szuflady, skąd wyjąłem książkę Julii. Zamknąłem drzwi od pokoju, delikatnie, by nikt nie usłyszał. Położyłem się na łóżku i czytałem. Chciałem wiedzieć, co czyta bliska mi nastolatka, i przy okazji może odrobinę poprawić sobie humor. Na początku przerzucałem kartki i czytałem pojedyncze zdania, które mi wpadły w oczy. "Popatrzyli sobie w oczy". Zajrzałem na inną stronę. "Mimo tego cały czas trzymali się za ręce, bo byli sobie jedynym co im zostało" Kolejna kartka. "Ale ten młodzieniec był dla niej wszystkim" Następna. "Podstawowa zasada - jeśli kochasz jakąś dziewczynę, to jej powiedz" Już zamierzałem przerzucić ponownie parę stron, ale znieruchomiałem. Ta książka daje mi dużo do zrozumienia. Postanowiłem czytać od początku.
Lektura mnie bardzo wciągnęła. Sam się temu dziwiłem, ale byłem pewny, że to tylko dlatego, że zacząłem kochać. Przedtem, gdy nie podobały mi się romantyczne książki, nie kochałem. A teraz kocham i rozumiem... Wszystko.
Nagle usłyszałem otwieranie drzwi. Szybko schowałem głowę w poduszce i udawałem, że śpię.
- Justin? - Julia zbliżyła się i usiadła obok. Gdy pomyślała już, że śpię, zaczęła głaskać mnie po głowie i po ramieniu. Spod przymkniętych powiek zauważyłem, że przy mnie nadal leży opowieść, którą czytałem. Nie chciałem, by Julka się dowiedziała, że w ogóle się z tym dziełem kiedykolwiek spotkałem. Wstydziłem się tego. Delikatnie i powoli sięgnąłem ręką po książkę i schowałem ją pod kołdrę. Julia nic nie zauważyła. Musiałem zaczerpnąć świeżego powietrza, którego tu - głęboko w poduszce - jednak brakowało. Lekko przekręciłem głowę w stronę Julki, lecz nagle poczułem silny ból w klatce i syknąłem. Spojrzałem na nią. W jej oczach kryło się zatroskanie, ale coś jeszcze. Nie potrafiłem odkryć co to jest. Dlatego ona jest taka tajemnicza.
- Ohh, Julka... Nie wiedziałem, że tu siedzisz. - udawałem zaskoczenie.
Chciała coś odpowiedzieć, ale nagle do naszych uszu dobiegły kroki Tego Kolesia, których dźwięk wciąż narastał, i narastał. Bez namysłu objąłem Julkę za szyję. Tak, to musiało być teraz.
- Niech zobaczy kto tu rządzi... - wyszeptałem niepewny dlaczego powiedziałem to na głos, i od razu pocałowałem Julkę. Wiedziałem, że ją to zaskoczyło, a ja byłem niezmiernie ciekaw jak zareaguje jej kolega na taki widok.
Tagi:
15
Niedziela, 15.35
Całowałem się z wieloma dziewczynami. Może nie były to osoby, które znałem około trzech tygodni, czy też mniej, ale jednak. Chcę przez to powiedzieć, że pierwsze pocałunki z dziewczętami następowały dopiero, gdy oboje wiedzieliśmy, ze jesteśmy związku - że ona jest moją dziewczyną, a ja jej chłopakiem. Tym razem było inaczej. Ten całus był nieplanowany, jednak coś kazało mi to zrobić. Znam Julię od niedawna, fakt. Aczkolwiek czułem do niej o wiele więcej niż do poprzednich, powiem nawet, że czułem zupełnie coś innego, coś przyjemniejszego i silniejszego, różniącego się, przy czym aż śmiać mi się chciało, gdy przypominałem sobie, jak byłem w innych związkach z tamtymi dziewczynami, tak naprawdę nie odczuwając do nich nic takiego. Ale na razie pomijam to stwierdzenie, bo Julia i ja jeszcze nie jesteśmy parą.
Nie da się wyrazić słowami jak bardzo słodko się ją całowało. Wprost "wyłączyłem" myśli, nic innego nie istniało w tej chwili, poza naszymi ustami, które się muskały uczuciowo. Zapomniałem o moich problemach, o jej łzach w oczach, które dopiero co się pojawiły, o ranie na klatce, która nadal mnie czasem pobolewała i o moim wyczerpaniu po dzisiejszym dniu, ponieważ szybko straciłem siły. Ale gdy już ten moment przeminął, oddaliliśmy się od siebie i otworzyliśmy oczy, wszystko wróciło do normy. Tylko pozostał mój uśmiech na twarzy, tylko moja radość w sercu utrzymała się na długo, a łzy jej z oczu zniknęły, i choć niedługo potem wieczór zapadał świat i życie promieniały wesołymi barwami.
Czy można to porównać z inną chwilą w życiu? Chyba nie istnieje nic takiego, co przypomina choć trochę uczucia towarzyszące przy pierwszym pocałunku, szczególnie, gdy jest tak udany, i przede wszystkim, kiedy jest on z osobą, do której czujesz coś tak niesamowitego. Chociaż nie całowałam się z wieloma, zaledwie z jednym innym prócz Justina (co za beznadziejny z niego chłop był!), jestem pewna, że właśnie Jus najlepiej w świecie potrafi składać pocałunki!
- Ohh, jak mi się spać chce! - zawołał ospale i opadł ciężko na łóżko. Mówiąc sobie w myślach, że nie dziwi mnie wycieńczenie chłopaka, postanowiłam zgodzić się na jego zaśnięcie właśnie tam gdzie leżał, tu i teraz, i by porządnie wypoczął, żeby nabrał sił na następny dzień w celu zajęcia się czymś pożytecznym.
Wpadłem na pomysł, by zasnąć i solidnie wypocząć, by jutro na nowo zmarnować siły na byle co i znowu uwalić się spać, bo ja kocham spać!
Spojrzałam więc na niego, by się odezwać, ale gdy zauważyłam, że wpatrywał się we mnie dłuższy czas zarumieniłam się i odwróciłam wzrok. Z natury byłam wstydliwą osobą, a już w ogóle, gdy ktoś mi się podobał... Tak, Justin zaczynał mi się podobać.
Matko, jak słodko! Jak uroczo, jak rozkosznie się ona uśmiecha, tak wstydliwie i delikatnie. Lubię takie czarujące dziewczyny, takie skryte, tajemnicze, nie pokazujące nam od razu całej swojej osobowości, kryjące przede mną sekrety, które będę powoli odkrywać. W końcu wtedy nigdy się nie nudzi w związku.
Chcąc zgrywać dżentelmena uśmiechnąłem się zalotnie i mrugnąłem do niej, gdy spojrzała na mnie jeszcze na moment.
- No co się tak rumienisz? No co? - mówiłem urokliwie, a wtedy schyliła głowę i wyszła z zarumienionymi policzkami. Zaśmiałem się cicho i zakryłem kołdrą. Niby taka opiekuńcza, a jednak łagodna i pełna pokory. - Cóż za czcigodna młoda dama... - wygłupiałem się, gadając tak do siebie. - Wasza wysokość, czy wyraża Król zgodę, na poślubienie Pańskiej córki, Julii Marii Hermenegildy Bogusławy Gryzeldy II, przeze mnie, księcia Justina Drew Biebera? - gdy wspominam moje słowa w tej chwili, nie wiem czy śmiać się czy płakać z mojej głupoty. - Oczywiście, książę. - odpowiedziałem grubym głosem. Matko, co ta radość robi z człowiekiem!
Zaśmiałem się cicho, ale wtedy przestraszony spojrzałem, czy aby drzwi nie są otwarte. Znając moje szczęście od niedawna oczywiście były jedynie lekko przymknięte. Zacisnąłem zęby, i szybko się położyłem, w razie gdyby tu Julka weszła ciekawa kto tak w kółko bełkocze.
Z salonu dosłyszałam niewyraźne słowa Justina. Myśląc, że mnie woła, podeszłam do drzwi, ale zorientowałam się, że nie mówi do mnie. Zerknęłam przez szparę w drzwiach, ale nie miał w ręce telefonu. Gadał do siebie. Powstrzymałam śmiech, ale nie rozumiejąc co on plecie, bo co chwila zmieniał głos, to na komicznie wysoki, innym razem na bardzo niski, oddaliłam się nieco i przygotowałam kolację, będąc pewna, że Jus jeszcze ją zje przez zaśnięciem.
Pochłonąłem parę kanapek i jajecznicę z bekonem i wypiłem herbatę, aż w końcu usadowiłem się najwygodniej jak tylko mogłem.
- To jest o wiele lepsze niż te szpitalne łóżko... - stwierdziłem.
- Temu się nie dziwię. - odpowiedziała dając mi drugą poduszkę pod głowę i zabierając naczynia do kuchni. Najwyraźniej, gdy wróciła z powrotem, już spałem.
Poniedziałek, 8.10
Obudziłem się wypoczęty jak jeszcze dawno nie byłem. Jak dobrze było otworzyć na chwilkę oczy i uznać, że jeszcze troszkę mogę sobie pospać. Uśmiechnąłem się leniwie i rozłożyłem na części łóżka najbardziej ogrzanej przez słońce wpadające przez okno. Odetchnąłem.
Wtem otworzyłem oczy niechętnie, bo stwierdziłem, że muszę się czegoś napić. Chcąc sięgnąć po szklankę wody delikatnie przekręciłem się w stronę malutkiej szafeczki przy łóżku, by mnie rana na klatce nie zabolała. Wyciągnąłem rękę, ale nagle zauważyłem kartkę, a obok długopis. Zmarszczyłem brwi i, kładąc tajemniczy list na poduszce, zacząłem czytać...
Oczami Justina
Całowałem się z wieloma dziewczynami. Może nie były to osoby, które znałem około trzech tygodni, czy też mniej, ale jednak. Chcę przez to powiedzieć, że pierwsze pocałunki z dziewczętami następowały dopiero, gdy oboje wiedzieliśmy, ze jesteśmy związku - że ona jest moją dziewczyną, a ja jej chłopakiem. Tym razem było inaczej. Ten całus był nieplanowany, jednak coś kazało mi to zrobić. Znam Julię od niedawna, fakt. Aczkolwiek czułem do niej o wiele więcej niż do poprzednich, powiem nawet, że czułem zupełnie coś innego, coś przyjemniejszego i silniejszego, różniącego się, przy czym aż śmiać mi się chciało, gdy przypominałem sobie, jak byłem w innych związkach z tamtymi dziewczynami, tak naprawdę nie odczuwając do nich nic takiego. Ale na razie pomijam to stwierdzenie, bo Julia i ja jeszcze nie jesteśmy parą.
Nie da się wyrazić słowami jak bardzo słodko się ją całowało. Wprost "wyłączyłem" myśli, nic innego nie istniało w tej chwili, poza naszymi ustami, które się muskały uczuciowo. Zapomniałem o moich problemach, o jej łzach w oczach, które dopiero co się pojawiły, o ranie na klatce, która nadal mnie czasem pobolewała i o moim wyczerpaniu po dzisiejszym dniu, ponieważ szybko straciłem siły. Ale gdy już ten moment przeminął, oddaliliśmy się od siebie i otworzyliśmy oczy, wszystko wróciło do normy. Tylko pozostał mój uśmiech na twarzy, tylko moja radość w sercu utrzymała się na długo, a łzy jej z oczu zniknęły, i choć niedługo potem wieczór zapadał świat i życie promieniały wesołymi barwami.
Oczami Julii
Czy można to porównać z inną chwilą w życiu? Chyba nie istnieje nic takiego, co przypomina choć trochę uczucia towarzyszące przy pierwszym pocałunku, szczególnie, gdy jest tak udany, i przede wszystkim, kiedy jest on z osobą, do której czujesz coś tak niesamowitego. Chociaż nie całowałam się z wieloma, zaledwie z jednym innym prócz Justina (co za beznadziejny z niego chłop był!), jestem pewna, że właśnie Jus najlepiej w świecie potrafi składać pocałunki!
- Ohh, jak mi się spać chce! - zawołał ospale i opadł ciężko na łóżko. Mówiąc sobie w myślach, że nie dziwi mnie wycieńczenie chłopaka, postanowiłam zgodzić się na jego zaśnięcie właśnie tam gdzie leżał, tu i teraz, i by porządnie wypoczął, żeby nabrał sił na następny dzień w celu zajęcia się czymś pożytecznym.
Oczami Justina
Wpadłem na pomysł, by zasnąć i solidnie wypocząć, by jutro na nowo zmarnować siły na byle co i znowu uwalić się spać, bo ja kocham spać!
Oczami Julii
Spojrzałam więc na niego, by się odezwać, ale gdy zauważyłam, że wpatrywał się we mnie dłuższy czas zarumieniłam się i odwróciłam wzrok. Z natury byłam wstydliwą osobą, a już w ogóle, gdy ktoś mi się podobał... Tak, Justin zaczynał mi się podobać.
Oczami Justina
Matko, jak słodko! Jak uroczo, jak rozkosznie się ona uśmiecha, tak wstydliwie i delikatnie. Lubię takie czarujące dziewczyny, takie skryte, tajemnicze, nie pokazujące nam od razu całej swojej osobowości, kryjące przede mną sekrety, które będę powoli odkrywać. W końcu wtedy nigdy się nie nudzi w związku.
Chcąc zgrywać dżentelmena uśmiechnąłem się zalotnie i mrugnąłem do niej, gdy spojrzała na mnie jeszcze na moment.
- No co się tak rumienisz? No co? - mówiłem urokliwie, a wtedy schyliła głowę i wyszła z zarumienionymi policzkami. Zaśmiałem się cicho i zakryłem kołdrą. Niby taka opiekuńcza, a jednak łagodna i pełna pokory. - Cóż za czcigodna młoda dama... - wygłupiałem się, gadając tak do siebie. - Wasza wysokość, czy wyraża Król zgodę, na poślubienie Pańskiej córki, Julii Marii Hermenegildy Bogusławy Gryzeldy II, przeze mnie, księcia Justina Drew Biebera? - gdy wspominam moje słowa w tej chwili, nie wiem czy śmiać się czy płakać z mojej głupoty. - Oczywiście, książę. - odpowiedziałem grubym głosem. Matko, co ta radość robi z człowiekiem!
Zaśmiałem się cicho, ale wtedy przestraszony spojrzałem, czy aby drzwi nie są otwarte. Znając moje szczęście od niedawna oczywiście były jedynie lekko przymknięte. Zacisnąłem zęby, i szybko się położyłem, w razie gdyby tu Julka weszła ciekawa kto tak w kółko bełkocze.
Oczami Julii
Z salonu dosłyszałam niewyraźne słowa Justina. Myśląc, że mnie woła, podeszłam do drzwi, ale zorientowałam się, że nie mówi do mnie. Zerknęłam przez szparę w drzwiach, ale nie miał w ręce telefonu. Gadał do siebie. Powstrzymałam śmiech, ale nie rozumiejąc co on plecie, bo co chwila zmieniał głos, to na komicznie wysoki, innym razem na bardzo niski, oddaliłam się nieco i przygotowałam kolację, będąc pewna, że Jus jeszcze ją zje przez zaśnięciem.
Oczami Justina
Pochłonąłem parę kanapek i jajecznicę z bekonem i wypiłem herbatę, aż w końcu usadowiłem się najwygodniej jak tylko mogłem.
- To jest o wiele lepsze niż te szpitalne łóżko... - stwierdziłem.
- Temu się nie dziwię. - odpowiedziała dając mi drugą poduszkę pod głowę i zabierając naczynia do kuchni. Najwyraźniej, gdy wróciła z powrotem, już spałem.
Poniedziałek, 8.10
Obudziłem się wypoczęty jak jeszcze dawno nie byłem. Jak dobrze było otworzyć na chwilkę oczy i uznać, że jeszcze troszkę mogę sobie pospać. Uśmiechnąłem się leniwie i rozłożyłem na części łóżka najbardziej ogrzanej przez słońce wpadające przez okno. Odetchnąłem.
Wtem otworzyłem oczy niechętnie, bo stwierdziłem, że muszę się czegoś napić. Chcąc sięgnąć po szklankę wody delikatnie przekręciłem się w stronę malutkiej szafeczki przy łóżku, by mnie rana na klatce nie zabolała. Wyciągnąłem rękę, ale nagle zauważyłem kartkę, a obok długopis. Zmarszczyłem brwi i, kładąc tajemniczy list na poduszce, zacząłem czytać...
Tagi:
14
Niedziela, 14.20
Za to wszystko, co dobrego dla mnie zrobiła, przytuliłem ją z miłością, na tyle czule, na ile tylko potrafiłem. Nigdy wcześniej tak jej nie obejmowałem.
Nigdy wcześniej mnie tak nie obejmował. Teraz można było wyczuć o wiele więcej słodyczy. Zaśmiałam się i zrobiłam do niego słodkie oczy.
Popatrzyła się na mnie rozkosznie, aż nie mogłem się nie uśmiechnąć. Ten dzień był jednym z najlepszych dni ostatnio. Nie dość, że opuściłem szpital, to na dodatek czuję, że w domu Julki czeka mnie wiele niespodzianek i ciekawych chwil, których długo nie zapomnę. Tak się do siebie szczerzyliśmy z niesłychanego zadowolenia i wielkiej radości, nawet nie wiedząc czasami do końca, z czego się tak cieszymy, aż nadjechała taksówka, do której chwilę potem wsiedliśmy. Otworzyłem jej drzwiczki i przepuściłem ją pierwszą, szczerze mówiąc nader rozradowany, że mogę się nieco popisać moją męską elegancją. A potem bardzo miło się jechało te pięć czy dziesięć minut. Wszystko się układało, wszystko na dobre wychodziło, jakby Bóg pozbywał się z mojej przyszłości wszelkich kłopotów, problemów i nieszczęść. Jak gdyby niszczył On szkody, przykre wypadki i smutki sprzed mojego nosa, aby tylko nic złego się już nie stało na mojej drodze życia. Co chwila się śmiałem pod nosem, na co Julka pytała, z czego się tak cieszę, ale wiedziałem, że ona wcale nie oczekuje odpowiedzi, bo dobrze wie dlaczego. Dlatego też wtedy jedynie patrzyłem na nią sympatycznie, uśmiechając się.
Nareszcie dotarliśmy na miejsce. Justin pogodnie pogwizdywał i od czasu do czasu śpiewał fragment jednej z jego piosenek. Gdy otworzyłam drzwi wejściowe mojego mieszkania poczułam zapach mojego domu. Tak na prawdę nie wiem czym tu pachnie, ale zawsze było czuć taką woń w tym miejscu, więc jest dla mnie rozpoznawalna i znana.
Pięć minut później siedzieliśmy już w jej pokoju na wersalce. Rozglądałem się dookoła, chcąc zapoznać się z nowym pomieszczeniem. Pod pomarańczowo-czerwoną rozkładaną sofą, na której właśnie się usadowiliśmy, rozłożony był beżowy dywan w żółte, białe i brązowe kółka, okręgi i zawijasy. Podłoga była z jasnego drewna, a ściany miały świetlisty, przejrzysty żółty kolor. Naprzeciw łóżka, wersalki, znajdowało się w ścianie lustro, które można było przesunąć, by dostać się do szafy na ubranie Julii. Miałem ochotę tam zajrzeć, ale niekulturalnie tak zaglądać bez pytania do czyjejś garderoby. Postanowiłem zająć się tym później, i rozejrzałem się na boki. Koło sofy stał stolik nocny, a na nim leżała jakaś książka w twardej okładce, a obok zgaszona lampka. W pokoju były też dwie inne szafy. W jednej była cała masa książek, cienkich, na kilka kartek, ale i grubych, jak Biblia. W drugiej mieściło się mnóstwo przyborów do szycia, przyrządów szkolnych, a na kilku półkach także biżuteria. Na parapecie pod trzema oknami można było znaleźć dużo podręczników, zeszytów, i akwarium. Przypuszczałem, ze w środku jest mnóstwo rybek, więc skierowałem wzrok na coś innego - biurko, na którym był komputer z drukarką, nieduża lampka, głośniki i notes z różowym długopisem.
Nim się obejrzałem Julka przy mnie stała z dwoma kubkami herbaty. Podała mi jeden z napisem "I Love You", a sama piła z "Kubek Marzyciela". Czytając swój nadruk uśmiechnąłem się do niej, ale słowem się na ten temat nie odezwałem.
- Myślę, Julka, że powinniśmy się lepiej poznać. Ty o mnie wiesz dużo. Ja o tobie mało wiem. - oznajmiłem. - Więc powiedz mi trochę o sobie. Czym się interesujesz?
- Umm... - jąkała się na początku. - Ciekawię się muzyką. Gram na gitarze i ciut na fortepianie. Chętnie śpiewam, ale niezbyt dobrze tańczę... Niestety.
- Na pewno jesteś w wielu innych rzeczach dobra. - powiedziałem.
- W każdym razie... - ciągnęła dalej. - Lubię... Hmm, co ja lubię? - zastanowiła się. - Prócz rzeczy związanych z muzyką uwielbiam piec ciasta.
- Dobrze się dobraliśmy, bo ja wprost kocham je jeść.
Na moje słowa zaśmiała się. Dowiedziałem się więcej o jej zainteresowaniach. Julka lubi surfować i jeździć w rejsy motorówką. Czyta dużo książek. Najlepiej się bawi razem z przyjaciółmi, zazwyczaj jest nieśmiała przy osobach, które mało zna, a dopiero potem się rozkręca. Ucieszyło mnie to, bo Julka rzeczywiście zachowuje się przy mnie coraz pewniej.
Wtedy wszedłem na Twittera i razem z Julką czytaliśmy Tweety do mnie. Jeden z nich był od anty-fana. Treść wiadomości była po prostu chamska i przykra. Zrobiło mi się na moment smutno, ale Julia to zauważyła. Jakoś rozpoczęła się rozmowa o naszych smutkach i problemach. Ja mówiłem o ludziach, którzy mnie wyśmiewają już od dawna, opowiadałem o dawnych trudnościach z kolegami w szkole, o sytuacji w domu. Oczywiście opisałem także moje uczucia przed operacją.
Julka wtedy ze zrozumieniem mnie wysłuchała. Następnie spytałem o jej zmartwienia. Wydawało mi się, że ona wiedzie dość spokojne, normalne życie. Nigdy nie wpadłoby mi do głowy, że jej rodzice też się rozwiedli, że umarł jej brat, że jej siostra jest w poprawczaku... Powiedziała mi wiele więcej o swoich problemach, ale nie będę wam ich opisywać dokładnie, bo obiecałem, że nie zdradzę nikomu tych rzeczy.
Te chwile podczas tej szczerej rozmowy zostaną przeze mnie niezapomniane. Widziałem łzy w jej oczach, od czasu do czasu. Mimo, że sama ma kłopoty, również mi współczuła wielu spraw. Nie ukrywam, że często się przytulaliśmy ze wzajemnym rozumieniem w sercach, ze szczerą empatią. Do Julki poczułem wielkie zaufanie, czułem, że teraz już na pewno jesteśmy przyjaciółmi.
A gdy na chwilę ucichło spojrzeliśmy sobie prosto w oczy. Wyciągnąłem rękę i pewnie pogłaskałem ją po policzku. Tak się wpatrywaliśmy w siebie, aż skierowałem wzrok smutno na napis na jej kubku "Kubek Marzyciela".
- Więc o czym marzysz? - znów zerknąłem w jej niebieskie jak morze oczy.
- Aż mnie w końcu pocałujesz. - odparła. Zdziwiony myślałem, że się przesłyszałem.
- Co? - spytałem na wszelki wypadek.
- Pocałuj mnie, Justin.
Delikatnie objąłem jej szyję, zbliżyłem się do niej, i ustami musnąłem jej wargi kilka razy, a potem pocałowałem ją romantycznie. I jeszcze raz. I jeszcze.
Oczami Justina
Za to wszystko, co dobrego dla mnie zrobiła, przytuliłem ją z miłością, na tyle czule, na ile tylko potrafiłem. Nigdy wcześniej tak jej nie obejmowałem.
Oczami Julii
Nigdy wcześniej mnie tak nie obejmował. Teraz można było wyczuć o wiele więcej słodyczy. Zaśmiałam się i zrobiłam do niego słodkie oczy.
Oczami Justina
Popatrzyła się na mnie rozkosznie, aż nie mogłem się nie uśmiechnąć. Ten dzień był jednym z najlepszych dni ostatnio. Nie dość, że opuściłem szpital, to na dodatek czuję, że w domu Julki czeka mnie wiele niespodzianek i ciekawych chwil, których długo nie zapomnę. Tak się do siebie szczerzyliśmy z niesłychanego zadowolenia i wielkiej radości, nawet nie wiedząc czasami do końca, z czego się tak cieszymy, aż nadjechała taksówka, do której chwilę potem wsiedliśmy. Otworzyłem jej drzwiczki i przepuściłem ją pierwszą, szczerze mówiąc nader rozradowany, że mogę się nieco popisać moją męską elegancją. A potem bardzo miło się jechało te pięć czy dziesięć minut. Wszystko się układało, wszystko na dobre wychodziło, jakby Bóg pozbywał się z mojej przyszłości wszelkich kłopotów, problemów i nieszczęść. Jak gdyby niszczył On szkody, przykre wypadki i smutki sprzed mojego nosa, aby tylko nic złego się już nie stało na mojej drodze życia. Co chwila się śmiałem pod nosem, na co Julka pytała, z czego się tak cieszę, ale wiedziałem, że ona wcale nie oczekuje odpowiedzi, bo dobrze wie dlaczego. Dlatego też wtedy jedynie patrzyłem na nią sympatycznie, uśmiechając się.
Oczami Julii
Nareszcie dotarliśmy na miejsce. Justin pogodnie pogwizdywał i od czasu do czasu śpiewał fragment jednej z jego piosenek. Gdy otworzyłam drzwi wejściowe mojego mieszkania poczułam zapach mojego domu. Tak na prawdę nie wiem czym tu pachnie, ale zawsze było czuć taką woń w tym miejscu, więc jest dla mnie rozpoznawalna i znana.
Oczami Justina
Pięć minut później siedzieliśmy już w jej pokoju na wersalce. Rozglądałem się dookoła, chcąc zapoznać się z nowym pomieszczeniem. Pod pomarańczowo-czerwoną rozkładaną sofą, na której właśnie się usadowiliśmy, rozłożony był beżowy dywan w żółte, białe i brązowe kółka, okręgi i zawijasy. Podłoga była z jasnego drewna, a ściany miały świetlisty, przejrzysty żółty kolor. Naprzeciw łóżka, wersalki, znajdowało się w ścianie lustro, które można było przesunąć, by dostać się do szafy na ubranie Julii. Miałem ochotę tam zajrzeć, ale niekulturalnie tak zaglądać bez pytania do czyjejś garderoby. Postanowiłem zająć się tym później, i rozejrzałem się na boki. Koło sofy stał stolik nocny, a na nim leżała jakaś książka w twardej okładce, a obok zgaszona lampka. W pokoju były też dwie inne szafy. W jednej była cała masa książek, cienkich, na kilka kartek, ale i grubych, jak Biblia. W drugiej mieściło się mnóstwo przyborów do szycia, przyrządów szkolnych, a na kilku półkach także biżuteria. Na parapecie pod trzema oknami można było znaleźć dużo podręczników, zeszytów, i akwarium. Przypuszczałem, ze w środku jest mnóstwo rybek, więc skierowałem wzrok na coś innego - biurko, na którym był komputer z drukarką, nieduża lampka, głośniki i notes z różowym długopisem.
Nim się obejrzałem Julka przy mnie stała z dwoma kubkami herbaty. Podała mi jeden z napisem "I Love You", a sama piła z "Kubek Marzyciela". Czytając swój nadruk uśmiechnąłem się do niej, ale słowem się na ten temat nie odezwałem.
- Myślę, Julka, że powinniśmy się lepiej poznać. Ty o mnie wiesz dużo. Ja o tobie mało wiem. - oznajmiłem. - Więc powiedz mi trochę o sobie. Czym się interesujesz?
- Umm... - jąkała się na początku. - Ciekawię się muzyką. Gram na gitarze i ciut na fortepianie. Chętnie śpiewam, ale niezbyt dobrze tańczę... Niestety.
- Na pewno jesteś w wielu innych rzeczach dobra. - powiedziałem.
- W każdym razie... - ciągnęła dalej. - Lubię... Hmm, co ja lubię? - zastanowiła się. - Prócz rzeczy związanych z muzyką uwielbiam piec ciasta.
- Dobrze się dobraliśmy, bo ja wprost kocham je jeść.
Na moje słowa zaśmiała się. Dowiedziałem się więcej o jej zainteresowaniach. Julka lubi surfować i jeździć w rejsy motorówką. Czyta dużo książek. Najlepiej się bawi razem z przyjaciółmi, zazwyczaj jest nieśmiała przy osobach, które mało zna, a dopiero potem się rozkręca. Ucieszyło mnie to, bo Julka rzeczywiście zachowuje się przy mnie coraz pewniej.
Wtedy wszedłem na Twittera i razem z Julką czytaliśmy Tweety do mnie. Jeden z nich był od anty-fana. Treść wiadomości była po prostu chamska i przykra. Zrobiło mi się na moment smutno, ale Julia to zauważyła. Jakoś rozpoczęła się rozmowa o naszych smutkach i problemach. Ja mówiłem o ludziach, którzy mnie wyśmiewają już od dawna, opowiadałem o dawnych trudnościach z kolegami w szkole, o sytuacji w domu. Oczywiście opisałem także moje uczucia przed operacją.
Julka wtedy ze zrozumieniem mnie wysłuchała. Następnie spytałem o jej zmartwienia. Wydawało mi się, że ona wiedzie dość spokojne, normalne życie. Nigdy nie wpadłoby mi do głowy, że jej rodzice też się rozwiedli, że umarł jej brat, że jej siostra jest w poprawczaku... Powiedziała mi wiele więcej o swoich problemach, ale nie będę wam ich opisywać dokładnie, bo obiecałem, że nie zdradzę nikomu tych rzeczy.
Te chwile podczas tej szczerej rozmowy zostaną przeze mnie niezapomniane. Widziałem łzy w jej oczach, od czasu do czasu. Mimo, że sama ma kłopoty, również mi współczuła wielu spraw. Nie ukrywam, że często się przytulaliśmy ze wzajemnym rozumieniem w sercach, ze szczerą empatią. Do Julki poczułem wielkie zaufanie, czułem, że teraz już na pewno jesteśmy przyjaciółmi.
A gdy na chwilę ucichło spojrzeliśmy sobie prosto w oczy. Wyciągnąłem rękę i pewnie pogłaskałem ją po policzku. Tak się wpatrywaliśmy w siebie, aż skierowałem wzrok smutno na napis na jej kubku "Kubek Marzyciela".
- Więc o czym marzysz? - znów zerknąłem w jej niebieskie jak morze oczy.
- Aż mnie w końcu pocałujesz. - odparła. Zdziwiony myślałem, że się przesłyszałem.
- Co? - spytałem na wszelki wypadek.
- Pocałuj mnie, Justin.
Delikatnie objąłem jej szyję, zbliżyłem się do niej, i ustami musnąłem jej wargi kilka razy, a potem pocałowałem ją romantycznie. I jeszcze raz. I jeszcze.
Tagi:
13
Niedziela, 09:07
Tej ciepłej słonecznej niedzieli Justin obudził się znacznie wcześniej niż zazwyczaj. Najczęściej budził się około 11:00, ewentualnie niewiele wcześniej, czy później. Jednakże od niedawna chłopak czuł się sporo lepiej, a jego dawne siły powróciły w części, więc był już bardziej wytrzymały niż po operacji. Posiadanie bardziej natężonej energii pozwalało mu na więcej samodzielności, przez co w wielu sprawach nie musiałam mu już pomagać, bo wykonywał je sam. Jedynymi największymi teraz problemami były m.in. ból w klatce Justina i możliwość nagłej utraty sił podczas np. spaceru, co było niebezpieczne, bo zagrażało utratą przytomności i mnóstwom innych groźnych rzeczy. Z psychiką Justina też już było dobrze, w porównaniu z czasem przed i niedługo po operacji. Nie bał się już tak bardzo jak wcześniej, i z każdym dniem było lepiej, w szczególności przez to, że Jus był otoczony opieką szpitala, lekarzy i moją, i miłością swojej rodziny, przyjaciół i wspierających go fanów.
Otworzył oczy, ale od razu je przymknął, bo słońce wpadające przez okno zalewało mu twarz. Po kilku minutach przyniosłam mu śniadanie, a potem rozmawialiśmy. Podczas tej dyskusji Justin cały czas wpatrywał się w ekranik swojego telefonu komórkowego, bo właśnie przesiadywał na Twitterze odpisując swoim wielbicielom. W pewnym momencie zaczęłam...
- Justin, bo ja dziś wracam do domu. - oświadczyłam, a on oderwał wzrok od urządzenia, i skierował go na mnie.
- Cooo? Co znowu? - spytał z lekkim poirytowaniem.
- Muszę. Rozumiesz, Justin, nauka i w ogóle. - odparłam i wzruszyłam ramionami, jakby obojętnie.
- Matko, znowu będę siedział sam. - naburmuszył się i znów zaczął przyglądać się różnym Tweetom i wiadomościom od Belieberek.
- W takim razie nie pozostawiasz mi wyboru. - uśmiechnęłam się.
- Co masz na myśli? - spytał.
- Po prostu idziesz ze mną. Zabieram cię do domu. - zaśmiałam się pod nosem. Wytrzeszczył oczy i popatrzył na mnie podejrzliwie, jakbym jakieś niestworzone rzeczy przed chwilą stwierdziła, następnie, mając wątpliwości, zwrócił się do mnie.
- Serio? - ucichł na moment. - Jesteś pewna? Ale... Jak to?
- Tak to. - rozpromieniłam się. - Jestem pewna na bank, o ile się oczywiście zgadzasz na to.
- Zgadzam się w stu procentach! - krzyknął uszczęśliwiony, po czym bez powodu, po jakiś kilku sekundach, zaczęliśmy zaśmiewać się po cichu.
Julia wzięła tacę po moim śniadaniu, z kolei wyszła, aby odnieść ją do kuchni, przy okazji, przymknęła za sobą białe drzwi sali, w której przebywałem. Nie mogę uwierzyć, że bierze mnie ze sobą! Nareszcie wyjdę z tego szpitala! Szczerze mówiąc jest tu całkiem przytulnie i komfortowo, lepiej niż w większości innych lecznic, ale cieszyłem się na wieść, że mogę opuścić to miejsce. Nie mogę się doczekać wyjścia na dwór, zatęskniłem za tym. Mam na myśli coś innego, niż tylko wyjeżdżanie wózkiem inwalidzkim na taras, na parę minut. Kto wie? Może już wkrótce będę mógł nawet jeździć na desce, chociaż jakiś niedługo podczas dnia?
Przypomniało mi się jak wracałem z podwórka do domu, pewien czas temu. Pamiętam jak przykro mi się zrobiło, gdy odkładałem deskę, słysząc smutny głos mojej mamy. Nie zapomniałem jeszcze uczucia, które towarzyszyło mi, kiedy otrzymałem wiadomość, że czeka mnie operacja.
Wracając jednak do tematu, nie mogłem się posiadać z radości tego dnia, w końcu już za niedługo mam opuścić szpital, pójść do domu przyjaciółki, gdzie mi będzie na pewno lepiej, i może mniej smutno, na dodatek jestem pewien, że wiele ciekawych rzeczy się jeszcze wydarzy. Zastanawiałem się jak wygląda jej dom i co tam znajdę interesującego. Od dawna nie zająłem się niczym pociągającym, bo tak na prawdę nie miałem nic do roboty siedząc wciąż w tej samej sali, dlatego jeszcze bardziej zadowalała mnie myśl, że u Julki w mieszkaniu znajdę co niemiara rzeczy, którymi mógłbym się zainteresować i szybko wymyślę coś do roboty.
Gdy Jula wróciła pomogła mi wstać, a potem poszedłem do łazienki, aby tam się szybko wyszykować i przebrać. Miałem już więcej sił, także mogłem już chodzić sam, o ile nie szedłem daleko. Ostatnimi czasy nie potrzebowałem pomocy przy przebieraniu się, ale przyznam, że prędko się męczyłem, gdy zakładałem ubrania sam. Wtedy serce zaczynało mi bić w błyskawicznym tempie, i z potrójną siłą, czułem ból w okolicach klatki... Koszmar. Bogu dzięki z czasem było coraz lepiej. Tak czy owak, nie umielibyście wyobrazić sobie mojego szoku i zaskoczenia, gdy przejrzałem się w lustrze. Bezzwłocznie zacząłem czesać włosy, obmyłem twarz, i wyszczotkowałem zęby, dzięki czemu wyglądałem już ciut lepiej, ale nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek wcześniej miał taką bladą, mizerną twarz, bym wyglądał tak słabo. Ale przypomniało mi się, jak ludzie mówią. Z uśmiechem każdy wygląda o wiele ładniej. Uśmiechnąłem się, i choć rzeczywiście wyglądałem lepiej, nie mogłem zachwycać się swoją dawną przystojnością i urodą. Bez przesady, oczywiście żartuję. Byłem piękny jak zwykle. Znowu tylko żartuję. Ale jak widzicie, przynajmniej nie jestem wciąż zgorzkniały i smutny, jak niedawno. Jeszcze chwila, a i moje żarty będą tak śmieszne, jak zwykle. Uśmiechnąłem się znowu przed lustrem. "Muszę wymyślić jakiś dobry kawał, by się Julce przypodobać, haha" - zaśmiałem się w myślach.
13.42, nadal w szpitalu
Zbliżała się już druga po południu, a my byliśmy gotowi do wyjścia. Została tylko jedna rzecz, którą muszę tu zrobić. Julia zamówiła taksówkę, która miała przyjechać za około kwadrans, a od razu gdy odłożyła telefon poprosiłem ją o pomoc. Chciałem podziękować wszystkim lekarzom tutaj, pielęgniarkom, i każdemu który mnie wspierał, wszystkim, którzy dbali o moje zdrowie i dobre samopoczucie, którzy pracowali nade mną. W szczególności chciałem podziękować chirurgowi, który operował mi serce i... Julce. Ale tego już jej nie powiedziałem.
Także razem poszliśmy do paru oddzielnych osób, którym Jus dziękował i żegnał się, obiecując, że wkrótce tu wpadnie, odwiedzi chore dzieci i wyśle kwiaty dla każdego lekarza. Potem ze śmiechem odchodziliśmy. Następnie Justin napisał specjalną kartkę dla wszystkich tych, którym nie mógł podziękować, bo ich nie było, w chwili gdy opuszczał szpital. Ujmując wszystko bardzo wzruszająco, podpisał się na końcu "JUSTIN DREW BIEBER" drukowanymi literami.
Aż w końcu wyszliśmy za drzwi szpitala, schodząc powoli po schodach, a potem kierując się w miejsce, gdzie miała za chwilę czekać na nas taksówka. Staliśmy tam chwilę... Julia krążyła w tę i z powrotem, oczekując pojazdu. Teraz pora na podziękowanie jej... Za to, że mi pomagała, wspierała mnie, że nigdy mnie nie wyśmiała, nie nazwała tchórzem, ani niedołęgą. Za to, że teraz mnie nie zostawiła, tylko właśnie mnie bierze do siebie. Za wszystko.
Podszedłem do niej, i przytuliłem ją inaczej niż zwykle to robię...
Oczami Julii
Tej ciepłej słonecznej niedzieli Justin obudził się znacznie wcześniej niż zazwyczaj. Najczęściej budził się około 11:00, ewentualnie niewiele wcześniej, czy później. Jednakże od niedawna chłopak czuł się sporo lepiej, a jego dawne siły powróciły w części, więc był już bardziej wytrzymały niż po operacji. Posiadanie bardziej natężonej energii pozwalało mu na więcej samodzielności, przez co w wielu sprawach nie musiałam mu już pomagać, bo wykonywał je sam. Jedynymi największymi teraz problemami były m.in. ból w klatce Justina i możliwość nagłej utraty sił podczas np. spaceru, co było niebezpieczne, bo zagrażało utratą przytomności i mnóstwom innych groźnych rzeczy. Z psychiką Justina też już było dobrze, w porównaniu z czasem przed i niedługo po operacji. Nie bał się już tak bardzo jak wcześniej, i z każdym dniem było lepiej, w szczególności przez to, że Jus był otoczony opieką szpitala, lekarzy i moją, i miłością swojej rodziny, przyjaciół i wspierających go fanów.
Otworzył oczy, ale od razu je przymknął, bo słońce wpadające przez okno zalewało mu twarz. Po kilku minutach przyniosłam mu śniadanie, a potem rozmawialiśmy. Podczas tej dyskusji Justin cały czas wpatrywał się w ekranik swojego telefonu komórkowego, bo właśnie przesiadywał na Twitterze odpisując swoim wielbicielom. W pewnym momencie zaczęłam...
- Justin, bo ja dziś wracam do domu. - oświadczyłam, a on oderwał wzrok od urządzenia, i skierował go na mnie.
- Cooo? Co znowu? - spytał z lekkim poirytowaniem.
- Muszę. Rozumiesz, Justin, nauka i w ogóle. - odparłam i wzruszyłam ramionami, jakby obojętnie.
- Matko, znowu będę siedział sam. - naburmuszył się i znów zaczął przyglądać się różnym Tweetom i wiadomościom od Belieberek.
- W takim razie nie pozostawiasz mi wyboru. - uśmiechnęłam się.
- Co masz na myśli? - spytał.
- Po prostu idziesz ze mną. Zabieram cię do domu. - zaśmiałam się pod nosem. Wytrzeszczył oczy i popatrzył na mnie podejrzliwie, jakbym jakieś niestworzone rzeczy przed chwilą stwierdziła, następnie, mając wątpliwości, zwrócił się do mnie.
- Serio? - ucichł na moment. - Jesteś pewna? Ale... Jak to?
- Tak to. - rozpromieniłam się. - Jestem pewna na bank, o ile się oczywiście zgadzasz na to.
- Zgadzam się w stu procentach! - krzyknął uszczęśliwiony, po czym bez powodu, po jakiś kilku sekundach, zaczęliśmy zaśmiewać się po cichu.
Oczami Justina
Julia wzięła tacę po moim śniadaniu, z kolei wyszła, aby odnieść ją do kuchni, przy okazji, przymknęła za sobą białe drzwi sali, w której przebywałem. Nie mogę uwierzyć, że bierze mnie ze sobą! Nareszcie wyjdę z tego szpitala! Szczerze mówiąc jest tu całkiem przytulnie i komfortowo, lepiej niż w większości innych lecznic, ale cieszyłem się na wieść, że mogę opuścić to miejsce. Nie mogę się doczekać wyjścia na dwór, zatęskniłem za tym. Mam na myśli coś innego, niż tylko wyjeżdżanie wózkiem inwalidzkim na taras, na parę minut. Kto wie? Może już wkrótce będę mógł nawet jeździć na desce, chociaż jakiś niedługo podczas dnia?
Przypomniało mi się jak wracałem z podwórka do domu, pewien czas temu. Pamiętam jak przykro mi się zrobiło, gdy odkładałem deskę, słysząc smutny głos mojej mamy. Nie zapomniałem jeszcze uczucia, które towarzyszyło mi, kiedy otrzymałem wiadomość, że czeka mnie operacja.
Wracając jednak do tematu, nie mogłem się posiadać z radości tego dnia, w końcu już za niedługo mam opuścić szpital, pójść do domu przyjaciółki, gdzie mi będzie na pewno lepiej, i może mniej smutno, na dodatek jestem pewien, że wiele ciekawych rzeczy się jeszcze wydarzy. Zastanawiałem się jak wygląda jej dom i co tam znajdę interesującego. Od dawna nie zająłem się niczym pociągającym, bo tak na prawdę nie miałem nic do roboty siedząc wciąż w tej samej sali, dlatego jeszcze bardziej zadowalała mnie myśl, że u Julki w mieszkaniu znajdę co niemiara rzeczy, którymi mógłbym się zainteresować i szybko wymyślę coś do roboty.
Gdy Jula wróciła pomogła mi wstać, a potem poszedłem do łazienki, aby tam się szybko wyszykować i przebrać. Miałem już więcej sił, także mogłem już chodzić sam, o ile nie szedłem daleko. Ostatnimi czasy nie potrzebowałem pomocy przy przebieraniu się, ale przyznam, że prędko się męczyłem, gdy zakładałem ubrania sam. Wtedy serce zaczynało mi bić w błyskawicznym tempie, i z potrójną siłą, czułem ból w okolicach klatki... Koszmar. Bogu dzięki z czasem było coraz lepiej. Tak czy owak, nie umielibyście wyobrazić sobie mojego szoku i zaskoczenia, gdy przejrzałem się w lustrze. Bezzwłocznie zacząłem czesać włosy, obmyłem twarz, i wyszczotkowałem zęby, dzięki czemu wyglądałem już ciut lepiej, ale nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek wcześniej miał taką bladą, mizerną twarz, bym wyglądał tak słabo. Ale przypomniało mi się, jak ludzie mówią. Z uśmiechem każdy wygląda o wiele ładniej. Uśmiechnąłem się, i choć rzeczywiście wyglądałem lepiej, nie mogłem zachwycać się swoją dawną przystojnością i urodą. Bez przesady, oczywiście żartuję. Byłem piękny jak zwykle. Znowu tylko żartuję. Ale jak widzicie, przynajmniej nie jestem wciąż zgorzkniały i smutny, jak niedawno. Jeszcze chwila, a i moje żarty będą tak śmieszne, jak zwykle. Uśmiechnąłem się znowu przed lustrem. "Muszę wymyślić jakiś dobry kawał, by się Julce przypodobać, haha" - zaśmiałem się w myślach.
13.42, nadal w szpitalu
Zbliżała się już druga po południu, a my byliśmy gotowi do wyjścia. Została tylko jedna rzecz, którą muszę tu zrobić. Julia zamówiła taksówkę, która miała przyjechać za około kwadrans, a od razu gdy odłożyła telefon poprosiłem ją o pomoc. Chciałem podziękować wszystkim lekarzom tutaj, pielęgniarkom, i każdemu który mnie wspierał, wszystkim, którzy dbali o moje zdrowie i dobre samopoczucie, którzy pracowali nade mną. W szczególności chciałem podziękować chirurgowi, który operował mi serce i... Julce. Ale tego już jej nie powiedziałem.
Oczami Julii
Także razem poszliśmy do paru oddzielnych osób, którym Jus dziękował i żegnał się, obiecując, że wkrótce tu wpadnie, odwiedzi chore dzieci i wyśle kwiaty dla każdego lekarza. Potem ze śmiechem odchodziliśmy. Następnie Justin napisał specjalną kartkę dla wszystkich tych, którym nie mógł podziękować, bo ich nie było, w chwili gdy opuszczał szpital. Ujmując wszystko bardzo wzruszająco, podpisał się na końcu "JUSTIN DREW BIEBER" drukowanymi literami.
Oczami Justina
Aż w końcu wyszliśmy za drzwi szpitala, schodząc powoli po schodach, a potem kierując się w miejsce, gdzie miała za chwilę czekać na nas taksówka. Staliśmy tam chwilę... Julia krążyła w tę i z powrotem, oczekując pojazdu. Teraz pora na podziękowanie jej... Za to, że mi pomagała, wspierała mnie, że nigdy mnie nie wyśmiała, nie nazwała tchórzem, ani niedołęgą. Za to, że teraz mnie nie zostawiła, tylko właśnie mnie bierze do siebie. Za wszystko.
Podszedłem do niej, i przytuliłem ją inaczej niż zwykle to robię...
Tagi:
12
Sobota, 11:36
Zdecydowanie było coś w powietrzu tego popołudnia.
Szeroko uśmiechnięta kończyłam właśnie rozmowę telefoniczną z mamą Justina.
- Oczywiście, Justin czuje się coraz lepiej. Pozdrowię go od pani. Dziękuję za telefon. - a potem jeszcze przez chwilę wsłuchiwałam się w słowa bezradnej kobiety, należącej do nielicznych, którzy w dzisiejszym wyjątkowym wiosennym powietrzu nie dostrzegali radosnej atmosfery. - Tak. Dobrze. - uśmiechnęłam się ponownie, chociaż nie było to wielce potrzebne. W moim głosie każdy mógł dostrzec pogodny ton, jakiego nie było przez ostatnie dni.
Odłożyłam słuchawkę i skierowałam się do sali Justina, ale natknęłam się na niego w drzwiach. On otworzył usta z nagłego zaskoczenia.
- Aaa ty! Chciałeś uciec! - zaśmiałam się i uszczypnęłam go w nos. - Widzę, że bardzo ci się spieszy, by wrócić do formy. Spokojnie. To, że masz siłę na chodzenie, to nie znaczy, że ci jej wystarczy na pętanie się po całym szpitalu.
- Ale... - wydukał. - Ja tylko podszedłem do drzwi.
- Tylko? To jest AŻ do drzwi! - uśmiechnęłam się, a on szybko zawrócił i jak najszybciej potrafił poszedł w stronę łóżka.
- Ale bieg! - zaśmiałam się. - Pomóc ci? Bo się jeszcze wykopyrtniesz.
- Nie, dzięki. Jeszcze tego brakowało byś mnie nosiła, haha! - jak widać Justin także uległ pogodności tego dnia, bo wyraźnie poprawił mu się humor.
- Ale ty nie jesteś aż tak ciężki, w dodatku to tylko do łóżka.
- Tylko do łóżka? - podniósł brwi. - To jest AŻ do łóżka.
- Szybko się uczysz! - jeszcze raz go uszczypnęłam.
- Przestań, bo aż kichać mi się chce! - podrapał się po nosie. Podniosłam go i posadziłam na łóżku. On od razu chciał wstawać. Chwycił mnie za ramię, aby mnie odsunąć i mieć drogę wolną.
- A ty! Nie ma mowy. - zachichotałam. On nic nie odpowiedział, tylko się uśmiechnął, i planował wstać, ale gdy na niego surowo spojrzałam od razu usiadł na miejsce i się skulił, wiedząc co mam zamiar zrobić.
- O nie... - wyszeptał, i wtedy zaczęłam go łaskotać. Justin roześmiał się głośno, na całą salę, a jeszcze w korytarzu było słychać wyraźne echo. Śmiał się tak dopóki nie oddaliłam od niego rąk, a potem odsapnął i głaskał się po bokach. Zbulwersowany poczuł złość za to, że się śmiał. Wściekły na samego siebie naburmuszył się i wstał, zawzięty i przygotowany do walki.
- Ninja! - krzyknął jeszcze zanim zaczął mnie gilgotać. - Masz łaskotki? Masz łaskotki? - powtarzał w kółko, ale nie zdążyłam nawet zwrócić na to uwagi, bo pisnęłam na cały głos, a mój śmiech słychać było w całym szpitalu. Odskoczyłam, schowałam się w kącie i jeszcze chwilę rechotałam, podczas gdy Justin zdążył podejść do drzwi. Zauważając to ucichłam i spojrzałam na niego.
- Justin, nie będziesz mi się pętał. Jak chcesz sobie pospacerować to mogę iść z tobą, ale nigdzie mi samemu nie leziesz.
I cóż miałem zrobić? Pokiwałem głową. W głębi duszy i tak się cieszyłem, że mogę nareszcie wyjść z tego pokoju, było tu tak pusto, tak samotnie. Na dodatek był to pierwszy dzień, w którym zdjęto mi kroplówkę.
Poszedłem więc wzdłuż korytarza, a za mną szła powolnym krokiem Julia. Zaglądałem do paru pomieszczeń, w których leżało dużo pacjentów z kroplówkami. Widziałem pokój zabaw dla dzieci, w którym małe dziewczynki oglądały w telewizji jakąś bajkę, a chłopcy w wieku przedszkolnym bawili się klockami. Zza jednych drzwi wyszedł może jedenastoletni chłopak z owiniętą bandażem głową. Rozejrzał się dookoła, przywitał się z Julką, a potem podszedł do niej bliżej. Pociągnął ją za rękaw, aby się schyliła, i wyszeptał jej coś na ucho, na co Julia pokiwała głową, wymamrotała jakieś słowa, i chłopak wrócił do sali.
Nie chcąc wtrącać się w nie swoje sprawy szedłem dalej przed siebie rozglądając się na wszystkie strony. Na żółto-białych ścianach wisiało parę zdjęć najlepszych tu lekarzy, z zawartymi informacjami o imieniu i nazwisku doktora, specjalności, itd. Oprócz tego zawieszono tam rysunki różnych młodszych pacjentów oraz karty z podziękowaniami dla różnych lekarzy, np. karta oprawiona w śliczną ramkę, na której widać było zdjęcie małej dziewczynki o złocistych włosach, a niżej wypisane były pięknie ujęte wyrazy wdzięczności dla chirurga, który zoperował jej serce. Zorientowałem się, że był to ten sam mężczyzna, który operował również mnie. Czytając dalej dowiedziałem się, że gdyby nie doktor, to dziecko mogłoby już dawno nie żyć.
Przyglądałem się innym podziękowaniom, i przez nieuwagę niemal się wywróciłem. Wtedy Julia od razu do mnie podeszła i chwyciła mnie za rękaw, i od tej pory nie puszczała, będąc pewna, że potknąłem się nie przez nieostrożność, lecz przez słabość i zawrotny głowy. Na próżno próbowałem ją uspokoić i przekonać do zostawienia mojej bluzy w świętym spokoju.
- A ja ci mówię, że jak puszczę to się znowu wyrżniesz na glebę. - mówiła.
Więc posłusznie szedłem dalej za tą rozgorączkowaną dziewczyną. Spacerowaliśmy tak dobre pół godziny, podczas której przekonałem się, jak bardzo jestem wyczerpany po operacji, i jak szybko braknie mi sił.
Po jakichś dwudziestu minutach Justin zwalniał kroku, a po pełnych dwóch kwadransach zatrzymał się, odwrócił w moją stronę, jęknął cicho i oparł głowę na moim ramieniu.
- Zmęczony, co? - pogłaskałam go po plecach, nie oczekując wcale żadnej odpowiedzi. Zaniosłam go z powrotem do jego sali.
Gdy już leżał na łóżku odwrócił się na drugi bok, w moją stronę, usadowił wygodnie i poprawił poduszkę. Mimo tego, że ma mało sił, i które szybko traci, i tak ma ich więcej niż jeszcze parę dni temu. I gdy już było mu absolutnie wygodnie spojrzał na mnie. Wbił we mnie wzrok na niezręcznie długi czas, obojętnie czy odwracałam głowę w inną stronę, czy udawałam, że zajmuję się czytaniem książki, wciąż się we mnie gapił, przez co czułam się nieswojo. W końcu na niego zerknęłam i spytałam wesoło.
- No co?
Ale nic nie odpowiedział. Położył głowę na poduszce, przymknął oczy, ale nadal jeszcze patrzył na mnie spod powiek. Nie wiedząc już zupełnie o co chodzi odłożyłam książkę i potargałam mu włosy po przyjacielsku, a następnie pogłaskałam go po głowie. To sprawiło, że zamknął oczy na chwilę, ale potem znów je otworzył i przypatrywał mi się tak, jak moment temu.
- No co się dzieje Justin? Chcesz coś? - nie wiedziałam czy się śmiać, czy płakać, czy może wkurzać, albo okazywać swoje jeszcze inne emocje na niezliczoną ilość sposobów. - No co się tak gapisz? - roześmiałam się., a on mi zawtórował.
- Bo mam oczy!
- A serce masz? - spytałam z uśmiechem.
- Mam, ale sercem się nie patrzy.
- Sercem się patrzy, tylko nie na obraz, ale na człowieka.
- Co za poezja. W takim razie patrzę na ciebie także sercem.
- I co widzisz? - spytałam zaciekawiona. Zastanowił się.
- Przyjaciela.
Uśmiechnęłam się. Jakie to było miłe, gdy to powiedział.
- I jeszcze... - dodał. - Jeszcze widzę kogoś kto mi pomaga, kogoś, komu mogę zaufać, kogoś takiego, którego nie można nazwać słowami... - nastała cisza, bo nie mogłam przestać się uśmiechać. - A ty co widzisz? - spytał.
Nie zdołałam odpowiedzieć, bo przytuliłam go tak czule, jak tylko potrafiłam.
Oczami Julii
Zdecydowanie było coś w powietrzu tego popołudnia.
Szeroko uśmiechnięta kończyłam właśnie rozmowę telefoniczną z mamą Justina.
- Oczywiście, Justin czuje się coraz lepiej. Pozdrowię go od pani. Dziękuję za telefon. - a potem jeszcze przez chwilę wsłuchiwałam się w słowa bezradnej kobiety, należącej do nielicznych, którzy w dzisiejszym wyjątkowym wiosennym powietrzu nie dostrzegali radosnej atmosfery. - Tak. Dobrze. - uśmiechnęłam się ponownie, chociaż nie było to wielce potrzebne. W moim głosie każdy mógł dostrzec pogodny ton, jakiego nie było przez ostatnie dni.
Odłożyłam słuchawkę i skierowałam się do sali Justina, ale natknęłam się na niego w drzwiach. On otworzył usta z nagłego zaskoczenia.
- Aaa ty! Chciałeś uciec! - zaśmiałam się i uszczypnęłam go w nos. - Widzę, że bardzo ci się spieszy, by wrócić do formy. Spokojnie. To, że masz siłę na chodzenie, to nie znaczy, że ci jej wystarczy na pętanie się po całym szpitalu.
- Ale... - wydukał. - Ja tylko podszedłem do drzwi.
- Tylko? To jest AŻ do drzwi! - uśmiechnęłam się, a on szybko zawrócił i jak najszybciej potrafił poszedł w stronę łóżka.
- Ale bieg! - zaśmiałam się. - Pomóc ci? Bo się jeszcze wykopyrtniesz.
- Nie, dzięki. Jeszcze tego brakowało byś mnie nosiła, haha! - jak widać Justin także uległ pogodności tego dnia, bo wyraźnie poprawił mu się humor.
- Ale ty nie jesteś aż tak ciężki, w dodatku to tylko do łóżka.
- Tylko do łóżka? - podniósł brwi. - To jest AŻ do łóżka.
- Szybko się uczysz! - jeszcze raz go uszczypnęłam.
- Przestań, bo aż kichać mi się chce! - podrapał się po nosie. Podniosłam go i posadziłam na łóżku. On od razu chciał wstawać. Chwycił mnie za ramię, aby mnie odsunąć i mieć drogę wolną.
- A ty! Nie ma mowy. - zachichotałam. On nic nie odpowiedział, tylko się uśmiechnął, i planował wstać, ale gdy na niego surowo spojrzałam od razu usiadł na miejsce i się skulił, wiedząc co mam zamiar zrobić.
- O nie... - wyszeptał, i wtedy zaczęłam go łaskotać. Justin roześmiał się głośno, na całą salę, a jeszcze w korytarzu było słychać wyraźne echo. Śmiał się tak dopóki nie oddaliłam od niego rąk, a potem odsapnął i głaskał się po bokach. Zbulwersowany poczuł złość za to, że się śmiał. Wściekły na samego siebie naburmuszył się i wstał, zawzięty i przygotowany do walki.
- Ninja! - krzyknął jeszcze zanim zaczął mnie gilgotać. - Masz łaskotki? Masz łaskotki? - powtarzał w kółko, ale nie zdążyłam nawet zwrócić na to uwagi, bo pisnęłam na cały głos, a mój śmiech słychać było w całym szpitalu. Odskoczyłam, schowałam się w kącie i jeszcze chwilę rechotałam, podczas gdy Justin zdążył podejść do drzwi. Zauważając to ucichłam i spojrzałam na niego.
- Justin, nie będziesz mi się pętał. Jak chcesz sobie pospacerować to mogę iść z tobą, ale nigdzie mi samemu nie leziesz.
Oczami Justina
I cóż miałem zrobić? Pokiwałem głową. W głębi duszy i tak się cieszyłem, że mogę nareszcie wyjść z tego pokoju, było tu tak pusto, tak samotnie. Na dodatek był to pierwszy dzień, w którym zdjęto mi kroplówkę.
Poszedłem więc wzdłuż korytarza, a za mną szła powolnym krokiem Julia. Zaglądałem do paru pomieszczeń, w których leżało dużo pacjentów z kroplówkami. Widziałem pokój zabaw dla dzieci, w którym małe dziewczynki oglądały w telewizji jakąś bajkę, a chłopcy w wieku przedszkolnym bawili się klockami. Zza jednych drzwi wyszedł może jedenastoletni chłopak z owiniętą bandażem głową. Rozejrzał się dookoła, przywitał się z Julką, a potem podszedł do niej bliżej. Pociągnął ją za rękaw, aby się schyliła, i wyszeptał jej coś na ucho, na co Julia pokiwała głową, wymamrotała jakieś słowa, i chłopak wrócił do sali.
Nie chcąc wtrącać się w nie swoje sprawy szedłem dalej przed siebie rozglądając się na wszystkie strony. Na żółto-białych ścianach wisiało parę zdjęć najlepszych tu lekarzy, z zawartymi informacjami o imieniu i nazwisku doktora, specjalności, itd. Oprócz tego zawieszono tam rysunki różnych młodszych pacjentów oraz karty z podziękowaniami dla różnych lekarzy, np. karta oprawiona w śliczną ramkę, na której widać było zdjęcie małej dziewczynki o złocistych włosach, a niżej wypisane były pięknie ujęte wyrazy wdzięczności dla chirurga, który zoperował jej serce. Zorientowałem się, że był to ten sam mężczyzna, który operował również mnie. Czytając dalej dowiedziałem się, że gdyby nie doktor, to dziecko mogłoby już dawno nie żyć.
Przyglądałem się innym podziękowaniom, i przez nieuwagę niemal się wywróciłem. Wtedy Julia od razu do mnie podeszła i chwyciła mnie za rękaw, i od tej pory nie puszczała, będąc pewna, że potknąłem się nie przez nieostrożność, lecz przez słabość i zawrotny głowy. Na próżno próbowałem ją uspokoić i przekonać do zostawienia mojej bluzy w świętym spokoju.
- A ja ci mówię, że jak puszczę to się znowu wyrżniesz na glebę. - mówiła.
Więc posłusznie szedłem dalej za tą rozgorączkowaną dziewczyną. Spacerowaliśmy tak dobre pół godziny, podczas której przekonałem się, jak bardzo jestem wyczerpany po operacji, i jak szybko braknie mi sił.
Oczami Julii
Po jakichś dwudziestu minutach Justin zwalniał kroku, a po pełnych dwóch kwadransach zatrzymał się, odwrócił w moją stronę, jęknął cicho i oparł głowę na moim ramieniu.
- Zmęczony, co? - pogłaskałam go po plecach, nie oczekując wcale żadnej odpowiedzi. Zaniosłam go z powrotem do jego sali.
Gdy już leżał na łóżku odwrócił się na drugi bok, w moją stronę, usadowił wygodnie i poprawił poduszkę. Mimo tego, że ma mało sił, i które szybko traci, i tak ma ich więcej niż jeszcze parę dni temu. I gdy już było mu absolutnie wygodnie spojrzał na mnie. Wbił we mnie wzrok na niezręcznie długi czas, obojętnie czy odwracałam głowę w inną stronę, czy udawałam, że zajmuję się czytaniem książki, wciąż się we mnie gapił, przez co czułam się nieswojo. W końcu na niego zerknęłam i spytałam wesoło.
- No co?
Ale nic nie odpowiedział. Położył głowę na poduszce, przymknął oczy, ale nadal jeszcze patrzył na mnie spod powiek. Nie wiedząc już zupełnie o co chodzi odłożyłam książkę i potargałam mu włosy po przyjacielsku, a następnie pogłaskałam go po głowie. To sprawiło, że zamknął oczy na chwilę, ale potem znów je otworzył i przypatrywał mi się tak, jak moment temu.
- No co się dzieje Justin? Chcesz coś? - nie wiedziałam czy się śmiać, czy płakać, czy może wkurzać, albo okazywać swoje jeszcze inne emocje na niezliczoną ilość sposobów. - No co się tak gapisz? - roześmiałam się., a on mi zawtórował.
- Bo mam oczy!
- A serce masz? - spytałam z uśmiechem.
- Mam, ale sercem się nie patrzy.
- Sercem się patrzy, tylko nie na obraz, ale na człowieka.
- Co za poezja. W takim razie patrzę na ciebie także sercem.
- I co widzisz? - spytałam zaciekawiona. Zastanowił się.
- Przyjaciela.
Uśmiechnęłam się. Jakie to było miłe, gdy to powiedział.
- I jeszcze... - dodał. - Jeszcze widzę kogoś kto mi pomaga, kogoś, komu mogę zaufać, kogoś takiego, którego nie można nazwać słowami... - nastała cisza, bo nie mogłam przestać się uśmiechać. - A ty co widzisz? - spytał.
Nie zdołałam odpowiedzieć, bo przytuliłam go tak czule, jak tylko potrafiłam.
Tagi:
11
Jakiś czas później, gabinet pielęgniarki, Szpital White Healthy Center
- W czym problem? - spytała szefowa pielęgniarek w szpitalu White Healthy Center, poprawiając na nosie okulary w cienkich oprawkach. Był wieczór, ale lampa zwisająca z sufitu wyrazistym światłem rzucała blask na cienkie, jasne, prawie białe włosy kobiety. Przełożona obróciła się na krześle w moją stronę, odkładając stertę dokumentów i kart wielu pacjentów na biurko i patrząc na mnie z uwagą.
- Ja przyszłam do pani z dziwnym problemem... - zaczęłam niepewnie. - Jestem w kropce, nie mam pojęcia jak wyjść z tej sytuacji. Jest parę rozwiązań, ale nie jestem pewna czy to dobre pomysły.
- Słucham cię. - odpowiedziała dyrektorka, stukając swoimi czerwonymi paznokciami prawej ręki o blat.
Trzeba więc było zacząć od sedna sprawy.
- Justin Bieber... Przyjechał do szpitala na operację serca, która odbyła się kilka dni temu. Myślę, że pani wie o kogo chodzi. - i żeby okazać swoją pewność w tej sprawie uśmiechnęłam się nieco i rozłożyłam ręce na boki.
- Tak, kojarzę tego chłopca. Jak się miewa? - spytała, myśląc, że problem tkwi w jego samopoczuciu.
- Czuje się dobrze, ale... Kwestia w tym, że boi się być sam, a najbardziej boi się... gdy mnie nie ma w pobliżu. Myślę, że to po prostu dlatego, bo byłam ostatnią, którą widział przed operacją, dosłownie przez zaśnięciem, a bardzo się wtedy denerwował i aż trząsł ze strachu... - po dodaniu jeszcze paru szczegółów ucichłam na chwilę, widząc jak pani głęboko się zastanawia, ale gdy cisza ciągnęła się już nieprzyjemnie długo odezwałam się znowu. - Nie uważa pani?
- Tak, coś w tym jest. - mówiła bardzo powoli. Była ona człowiekiem, który nie spieszy się z odpowiedzią, lecz woli się porządnie zastanowić nad słowami drugiego rozmówcy. - Być może masz słuszność. - odparła, po czym znów przez moment było cicho. Wiedziałam jednak, że kobieta będzie chciała za chwilę coś dopowiedzieć, więc czekałam, chcąc wiedzieć co będzie mówić dalej. - Niektórzy z tutejszych pacjentów odczuwają strach do różnych rzeczy po zabiegach, których się bali. Często to właśnie samotność jest główną przyczyną, ale... Jeszcze nie było przypadku, żeby ktoś bał się być bez obecności pewnej osoby, a szczególnie, jeśli zna ją tak krótko. Jedynie kilku z nich bało się być bez matki w pobliżu, ale... to zupełnie inna sprawa! - przy ostatnich słowach machnęła szybko ręką, i opierając się rękami o biurko, głęboko myślała. Ja nie wiedziałam co powiedzieć, ale wpadłam na pomysł, by przedstawić sytuację co do moich wyjść ze szpitala.
- Oczywiście, ja wychodziłam parę razy ze szpitala, a Justin zostawał... no, beze mnie. Wtedy, jak się potem dowiadywałam, był przerażony... Prowadził nawet raz rozmowę z Lucy, która później mi ją streściła. Teraz już wiem, że, gdy mnie nie ma, Justin traci nadzieję na wyzdrowienie. Chociaż trzeba przyznać, że traci ją czasami i wtedy, kiedy jestem obok. - mówiłam spokojnie, nigdzie się nie spiesząc. Justin jeszcze spał w sali, nie wiedział, że mnie nie ma obok niego. Moja szefowa potakiwała głową rozważając w myślach wszystko powolutku. Zastanawiając się co powiedzieć dalej, by rzec tylko najważniejsze informacje, rozglądałam się po ścianach pomieszczenia. Okno z drewnianymi ramami było lekko rozwarte od góry, a firanki, delikatnie zakrywające szyby, powiewały na wietrze, który wdzierał się do środka ze świstem. - Kłopot też w tym, że prócz pracy, jak pani wie, mam też szkołę. Poszłam do niej tylko raz, o ile dobrze pamiętam, w tym tygodniu, bo Jus prosił mnie błagalnie, bym go nie zostawiała... Ale on wtedy tak bardzo mnie prosił, proszę pani, że ja nie mogłam mu odmówić. On miał strach w oczach, i łzy, i nadzieję, taką małą, ale jednak tam była... - przerwałam, bo zrobiło mi się przykro, gdy stwierdziłam, że nie wiem jak pomóc Justinowi. - Ja przecież muszę chodzić do szkoły, Jus musi mieć opiekę lekarską, ale jak połączyć to i to razem? - spojrzałam na szefową pytająco, bo wiedziałam, że chociaż kobieta ta potrafi czasami długo i głęboko się zastanawiać, nie raz znalazła dobre wyjście z trudnej sytuacji. - A i jeszcze jedno proszę pani... Ja się w nim nie zakochałam, po prostu mówię, gdyby wzbudziły się takie podejrzenia... My nie chodzimy. On mnie też nie kocha, a jeśli już to na pewno nie jak się kocha swoją dziewczynę.
- Dlaczego tak sądzisz? - spytała z zaciekawieniem.
- Rozmawialiśmy o tym na osobności z Justinem. Na dodatek, gdy opowiadał Lucy o swoim strachu, też jej powiedział, że nie jest zakochany. Oprócz tego przecież widzę, jak on się ze mną obchodzi. Traktuje mnie tak, jak przyjaciela, ale i jako swoją pomoc, która może go uchronić przed tym, czego się boi. Wątpię, by było coś więcej.
Wtedy dyrektorka ponownie się głęboko zastanowiła i to już na kilka minut. Rozglądałam się po raz kolejny. Białe cienkie zasłony przy oknie nadal powiewały, tak jakby smutno. Słychać było szum drzew, spowodowany mocnym wiatrem, który dął tego wieczoru wyjątkowo zawzięcie. Na ścianie w gabinecie wisiało parę abstrakcyjnych obrazków, na których widziało się z początku tylko różnorodne plamy, ale gdy przyglądało się już jakiś czas, można było dostrzec krajobrazy, ludzi albo przedmioty. Na wieszaku, znajdującym się przy szafie, wisiał czarny beret, szal, rękawiczki i beżowy płaszcz pani szefowej, z którego kieszeni wystawał tajemniczy dziennik w miękkiej zielonej okładce. Wytężałam wzrok, by mu się lepiej przyjrzeć, lecz nagle odezwała się pani dyrektor, aż drgnęłam z przestrachu i spojrzałam na nią prędko.
- Mam pomysł, jak temu zaradzić. - podniosła palec wskazujący i skierowała go w moją stronę. - Do końca tygodnia nie pójdziesz do szkoły, ale zostaniesz tutaj, w szpitalu. Załatwię ci jakieś usprawiedliwienie, czy coś. A potem, w niedzielę, Justina wypuścimy ze szpitala.
- Ale on będzie nadal potrzebował pomocy lekarskiej. To była poważna operacja! - zdziwiłam się.
- Tak, wiem. Dlatego też zawieziesz go do siebie do domu. To tutaj, gdzieś niedaleko, prawda? - spytała, ale nie dała mi czasu na odpowiedź, bo już mówiła dalej. - Będziesz się nim tam opiekować, póki nie będzie całkowicie zdrów. Będziesz chodzić do szkoły, a jego zostawiać w domu. Napiszę ci jeszcze jeden dokument do szkoły, żebyś miała pozwolenie wychodzić z lekcji, w razie gdy zadzwoni do ciebie Justin, z prośbą, byś wróciła, bo dzieje się coś złego, np. ma duszności, czy coś.
- Ale przecież to chyba na jedno wychodzi. Skoro będę chodzić do szkoły, a on będzie zostawał sam, jak tutaj, to wyjdzie na to samo. - miałam wątpliwości co do tego pomysłu.
- Nie do końca. - pokręciła głową. - Wtedy będzie u ciebie w domu. Będzie miał pewność, że wrócisz, w końcu to twoje mieszkanie. Prócz tego będzie tam pełno twoich rzeczy. Będzie czuł się raźniej. Poza tym w każdym momencie będzie mógł do ciebie zadzwonić.
- Racja... Bardzo dobry pomysł!
- Weź pod uwagę też to, że prócz szkoły masz i pracę w szpitalu... Ale mam plan. Będę ci płacić, za opiekę nad Justinem, przez czas, jak będziesz się nim zajmować, a do pracy nie będziesz musiała wtedy przychodzić. Ale gdy Justin wyzdrowieje, wracasz. - uśmiechnęła się.
- Ok, świetnie! Dziękuję za pomoc. To od niedzieli.
- Dokładnie. Załatwione. Jakby były jakieś problemy to możesz przyjść pogadać.
Chciałam coś odpowiedzieć, ale już gdy otworzyłam usta, usłyszałam z korytarza wołanie Justina.
- Julia?
Oczami Julii
- W czym problem? - spytała szefowa pielęgniarek w szpitalu White Healthy Center, poprawiając na nosie okulary w cienkich oprawkach. Był wieczór, ale lampa zwisająca z sufitu wyrazistym światłem rzucała blask na cienkie, jasne, prawie białe włosy kobiety. Przełożona obróciła się na krześle w moją stronę, odkładając stertę dokumentów i kart wielu pacjentów na biurko i patrząc na mnie z uwagą.
- Ja przyszłam do pani z dziwnym problemem... - zaczęłam niepewnie. - Jestem w kropce, nie mam pojęcia jak wyjść z tej sytuacji. Jest parę rozwiązań, ale nie jestem pewna czy to dobre pomysły.
- Słucham cię. - odpowiedziała dyrektorka, stukając swoimi czerwonymi paznokciami prawej ręki o blat.
Trzeba więc było zacząć od sedna sprawy.
- Justin Bieber... Przyjechał do szpitala na operację serca, która odbyła się kilka dni temu. Myślę, że pani wie o kogo chodzi. - i żeby okazać swoją pewność w tej sprawie uśmiechnęłam się nieco i rozłożyłam ręce na boki.
- Tak, kojarzę tego chłopca. Jak się miewa? - spytała, myśląc, że problem tkwi w jego samopoczuciu.
- Czuje się dobrze, ale... Kwestia w tym, że boi się być sam, a najbardziej boi się... gdy mnie nie ma w pobliżu. Myślę, że to po prostu dlatego, bo byłam ostatnią, którą widział przed operacją, dosłownie przez zaśnięciem, a bardzo się wtedy denerwował i aż trząsł ze strachu... - po dodaniu jeszcze paru szczegółów ucichłam na chwilę, widząc jak pani głęboko się zastanawia, ale gdy cisza ciągnęła się już nieprzyjemnie długo odezwałam się znowu. - Nie uważa pani?
- Tak, coś w tym jest. - mówiła bardzo powoli. Była ona człowiekiem, który nie spieszy się z odpowiedzią, lecz woli się porządnie zastanowić nad słowami drugiego rozmówcy. - Być może masz słuszność. - odparła, po czym znów przez moment było cicho. Wiedziałam jednak, że kobieta będzie chciała za chwilę coś dopowiedzieć, więc czekałam, chcąc wiedzieć co będzie mówić dalej. - Niektórzy z tutejszych pacjentów odczuwają strach do różnych rzeczy po zabiegach, których się bali. Często to właśnie samotność jest główną przyczyną, ale... Jeszcze nie było przypadku, żeby ktoś bał się być bez obecności pewnej osoby, a szczególnie, jeśli zna ją tak krótko. Jedynie kilku z nich bało się być bez matki w pobliżu, ale... to zupełnie inna sprawa! - przy ostatnich słowach machnęła szybko ręką, i opierając się rękami o biurko, głęboko myślała. Ja nie wiedziałam co powiedzieć, ale wpadłam na pomysł, by przedstawić sytuację co do moich wyjść ze szpitala.
- Oczywiście, ja wychodziłam parę razy ze szpitala, a Justin zostawał... no, beze mnie. Wtedy, jak się potem dowiadywałam, był przerażony... Prowadził nawet raz rozmowę z Lucy, która później mi ją streściła. Teraz już wiem, że, gdy mnie nie ma, Justin traci nadzieję na wyzdrowienie. Chociaż trzeba przyznać, że traci ją czasami i wtedy, kiedy jestem obok. - mówiłam spokojnie, nigdzie się nie spiesząc. Justin jeszcze spał w sali, nie wiedział, że mnie nie ma obok niego. Moja szefowa potakiwała głową rozważając w myślach wszystko powolutku. Zastanawiając się co powiedzieć dalej, by rzec tylko najważniejsze informacje, rozglądałam się po ścianach pomieszczenia. Okno z drewnianymi ramami było lekko rozwarte od góry, a firanki, delikatnie zakrywające szyby, powiewały na wietrze, który wdzierał się do środka ze świstem. - Kłopot też w tym, że prócz pracy, jak pani wie, mam też szkołę. Poszłam do niej tylko raz, o ile dobrze pamiętam, w tym tygodniu, bo Jus prosił mnie błagalnie, bym go nie zostawiała... Ale on wtedy tak bardzo mnie prosił, proszę pani, że ja nie mogłam mu odmówić. On miał strach w oczach, i łzy, i nadzieję, taką małą, ale jednak tam była... - przerwałam, bo zrobiło mi się przykro, gdy stwierdziłam, że nie wiem jak pomóc Justinowi. - Ja przecież muszę chodzić do szkoły, Jus musi mieć opiekę lekarską, ale jak połączyć to i to razem? - spojrzałam na szefową pytająco, bo wiedziałam, że chociaż kobieta ta potrafi czasami długo i głęboko się zastanawiać, nie raz znalazła dobre wyjście z trudnej sytuacji. - A i jeszcze jedno proszę pani... Ja się w nim nie zakochałam, po prostu mówię, gdyby wzbudziły się takie podejrzenia... My nie chodzimy. On mnie też nie kocha, a jeśli już to na pewno nie jak się kocha swoją dziewczynę.
- Dlaczego tak sądzisz? - spytała z zaciekawieniem.
- Rozmawialiśmy o tym na osobności z Justinem. Na dodatek, gdy opowiadał Lucy o swoim strachu, też jej powiedział, że nie jest zakochany. Oprócz tego przecież widzę, jak on się ze mną obchodzi. Traktuje mnie tak, jak przyjaciela, ale i jako swoją pomoc, która może go uchronić przed tym, czego się boi. Wątpię, by było coś więcej.
Wtedy dyrektorka ponownie się głęboko zastanowiła i to już na kilka minut. Rozglądałam się po raz kolejny. Białe cienkie zasłony przy oknie nadal powiewały, tak jakby smutno. Słychać było szum drzew, spowodowany mocnym wiatrem, który dął tego wieczoru wyjątkowo zawzięcie. Na ścianie w gabinecie wisiało parę abstrakcyjnych obrazków, na których widziało się z początku tylko różnorodne plamy, ale gdy przyglądało się już jakiś czas, można było dostrzec krajobrazy, ludzi albo przedmioty. Na wieszaku, znajdującym się przy szafie, wisiał czarny beret, szal, rękawiczki i beżowy płaszcz pani szefowej, z którego kieszeni wystawał tajemniczy dziennik w miękkiej zielonej okładce. Wytężałam wzrok, by mu się lepiej przyjrzeć, lecz nagle odezwała się pani dyrektor, aż drgnęłam z przestrachu i spojrzałam na nią prędko.
- Mam pomysł, jak temu zaradzić. - podniosła palec wskazujący i skierowała go w moją stronę. - Do końca tygodnia nie pójdziesz do szkoły, ale zostaniesz tutaj, w szpitalu. Załatwię ci jakieś usprawiedliwienie, czy coś. A potem, w niedzielę, Justina wypuścimy ze szpitala.
- Ale on będzie nadal potrzebował pomocy lekarskiej. To była poważna operacja! - zdziwiłam się.
- Tak, wiem. Dlatego też zawieziesz go do siebie do domu. To tutaj, gdzieś niedaleko, prawda? - spytała, ale nie dała mi czasu na odpowiedź, bo już mówiła dalej. - Będziesz się nim tam opiekować, póki nie będzie całkowicie zdrów. Będziesz chodzić do szkoły, a jego zostawiać w domu. Napiszę ci jeszcze jeden dokument do szkoły, żebyś miała pozwolenie wychodzić z lekcji, w razie gdy zadzwoni do ciebie Justin, z prośbą, byś wróciła, bo dzieje się coś złego, np. ma duszności, czy coś.
- Ale przecież to chyba na jedno wychodzi. Skoro będę chodzić do szkoły, a on będzie zostawał sam, jak tutaj, to wyjdzie na to samo. - miałam wątpliwości co do tego pomysłu.
- Nie do końca. - pokręciła głową. - Wtedy będzie u ciebie w domu. Będzie miał pewność, że wrócisz, w końcu to twoje mieszkanie. Prócz tego będzie tam pełno twoich rzeczy. Będzie czuł się raźniej. Poza tym w każdym momencie będzie mógł do ciebie zadzwonić.
- Racja... Bardzo dobry pomysł!
- Weź pod uwagę też to, że prócz szkoły masz i pracę w szpitalu... Ale mam plan. Będę ci płacić, za opiekę nad Justinem, przez czas, jak będziesz się nim zajmować, a do pracy nie będziesz musiała wtedy przychodzić. Ale gdy Justin wyzdrowieje, wracasz. - uśmiechnęła się.
- Ok, świetnie! Dziękuję za pomoc. To od niedzieli.
- Dokładnie. Załatwione. Jakby były jakieś problemy to możesz przyjść pogadać.
Chciałam coś odpowiedzieć, ale już gdy otworzyłam usta, usłyszałam z korytarza wołanie Justina.
- Julia?
Tagi:
10
Rano, 07.04
Wiedziałam, że to się nie spodoba Justinowi. Jednak musiałam to zrobić. Miałam też własne życie, własne sprawy. Muszę to zrobić, bo jak nie, będę miała przechlapane.
Justin jeszcze spał, odwrócony w stronę ściany. Słońce powoli wstawało i wpadając przez okno do pomieszczenia oświetlało nieco jego twarz. Rozpostarłam bardziej rolety, by nie raziło go w oczy, gdy je otworzy. Przykryłam go, wzięłam swoją torbę i wyszłam.
Budzę się całkiem wyspany... Przeciągam się. Jaki piękny dziś dzień. Szkoda jednak, że cały przesiedzę w szpitalu. Rozpostarłem rolety, i już po chwili rozbłysnęło dookoła światło. Rozejrzałem się i cała radość i spokój wtedy powoli przeminęły...
Julki znowu nie było. Spuściłem głowę.
- Czemu ona mi to robi? - wyszeptałem sam do siebie. Zorientowałem się, że jestem też głodny. Miałem ochotę zjeść coś dobrego, ale... nie mogłem skoncentrować myśli na niczym innym niż na tym, że jestem sam. Dlaczego ja się boję? To takie okropne uczucie.
Właśnie zamierzałem wstać i bez powodu pętać się po szpitalu po raz kolejny, gdy weszła do sali jakaś pielęgniarka, ale to nie była Julia.
- Cześć. - przywitała się, i podeszła bliżej, niosąc w rękach tacę z moim śniadaniem.
- Cześć... - wyszeptałem niepewnie.
- Lepiej się czujesz? - spytała i uśmiechnęła się, położyła tacę na łóżku, a na szufladzie obok postawiła kubek z herbatą.
- Można tak powiedzieć... Tylko trochę słabo. - odpowiedziałem. Chciałem się już zabrać do jedzenia.
- Nic dziwnego. Słyszałam, że chodziłeś w nocy po korytarzach. Justin? Czego tam szukałeś? Przecież wiesz, że nie nabrałeś wystarczająco sił na takie... wyprawy. - mówiła.
- Wiem, jesteś kolejną osobą, która mi to mówi. A co do pytania... Czemu się tak plątałem? Myślę, że znasz odpowiedź...
- Chyba tak. Doszły mnie słuchy ostatnio, że boisz się być sam. To prawda? - na te jej słowa zaczerwieniłem się lekko ze wstydu. Ostatnimi czasy tak często okazuję strach, nie umiem go skryć, źle mi z tym, bo czuję się wtedy tak... jak dziecko, tchórz. Jakby wszyscy mieli mnie wyśmiać. Byłem na siebie wściekły, że tak często się boję.
- Niestety tak... Prawda. - wyjąkałem.
- Dobrze, ale dlaczego się boisz być sam?
- Sam nie wiem. Nie pytaj. To dla mnie trudne. Mam tak od czasu operacji. W zasadzie to... Nie wiem, czy ja boję się być sam... Może boję się czego innego.
- Czego, Justin?
- Nie wiem! - prawie krzyknąłem. Nastała cisza, którą po chwili przerwałem. - Wszystkiego...
- Wszystkiego? - spytała trochę zdziwiona. - Nie bój się, Justin, opowiedz mi. Jeśli nie chcesz, to nikomu nie powiem. - złapała mnie za dłoń, na którą spojrzałem oschle.
- Nie wiem kim jesteś. - odpowiedziałem sucho.
- Jestem Lucy. - przedstawiła się.
- Nic mi to nie mówi...
- Znam się z Julią. Jesteśmy dobrymi koleżankami. - wtedy od razu spojrzałem na nią z większym zainteresowaniem.
- Na prawdę?
- Tak, często chodzimy na kanapki po pracy. - zaśmiała się, cicho.
- Niech zgadnę. Z kurczakiem, szpinakiem i serem pleśniowym? - uśmiechnąłem się nieco.
- Hah, tak, właśnie tak. Przynajmniej ona wciąż taką kupuje. - skinąłem głową na jej słowa. - Także chcesz zjeść? - wskazała na tacę ze śniadaniem.
- Tak, jestem głodny.
- Więc chodź, umyj chociaż ręce. - wtedy zaniosła mnie do łazienki, bo oczywiście samemu mi nie pozwoliła dojść tę parę metrów, i pomogła mi umyć ręce, a gdy położyła mnie z powrotem na łóżku rzuciłem się na jedzenie. Poprosiła bym opowiedział więcej o moim lęku i o tym, co go powoduje.
- To trudne. Sam tego do końca nie wiem. Racja, boję się być sam. Lepiej mi jak ktoś jest obok, ktokolwiek kogo znam, lub wiem kim jest i że nie ma złych zamiarów co do mnie. Na przykład ciebie nie znałem, zanim ty weszłaś, ale nie bałem się ciebie, bo wiedziałem, że jesteś pielęgniarką i chcesz mi pomóc.
- Ok, mów dalej. - uśmiechnęła się.
- Głupio mi mówić o moim strachu, spowodowanym dziecinnymi obawami...
- To nie jest wcale głupie. Po prostu pewnie masz coś z psychiką, bo się bałeś bardzo operacji. W każdym razie kontynuuj.
- Jest taka osoba przy której się wcale nie boję. To jest Julka. Nie wiem co ona takiego ma w sobie, czasem sprawia mi przykrość, zazwyczaj tym, że sobie wychodzi gdzieś, wiedząc, że się boję gdy jej nie ma.
- Aha, czyli boisz się bez niej. - powiedziała, ale nie zwracałem na to uwagi, choć to była prawda.
- Więc czasami sprawia mi przykrość na ten sposób, ale i tak jest mi lepiej, jak ona jest obok, choćby się słowem nie odezwała i byłaby obrażona. Ale ona nigdy nie jest obrażona. Od razu mówię, że nie chodzi o to, że się w niej zakochałem! To nie prawda. Ale ją widziałem, gdy usypiałem przed operacją. Była ostatnią, którą widziałem, przed tym momentem, którego się bardzo obawiałem. Było mi trudno, ale mnie pocieszała, jak nikt inny nie potrafił, nawet moja mama. Ona sprawiała, że jeszcze parę razy się przedtem uśmiechnąłem. Nie chcę by teraz sobie poszła. Nie wiem czemu się boję bez niej. Ale się boję. Wszystkiego. Nie tylko, że już nie wróci, ale gdy jej nie ma, mam takie myśli jak... na przykład, że operację trzeba będzie powtórzyć, że coś pójdzie nie tak, że będę miał poważne kłopoty zdrowotne...
- Czyli ... masz pesymistyczne myśli gdy jej nie ma obok.
- Tak też można to ująć. Jest też tak, że przy niej czuje się pewniej. Przypuśćmy, że przychodzi tu mój anty-fan i się ze mnie nabija, jaki to ja jestem żałosny i wszystkiego się boję, a Julka jest obok. Na pewno byłoby mi przykro, ale bym mu nawtykał, odpowiedział cokolwiek, a gdyby jej nie było... pewnie bym siedział cicho i bał się... i... dobrze, powiem to. Pewnie bym się popłakał. - skończyłem mówić i jadłem dalej.
- Ok, rozumiem. Nie martw się.
- A tak w ogóle... - zacząłem znowu, grzebiąc łyżeczką w kubku od herbaty. - ... to wiesz gdzie ona teraz jest?
- Julka? Zdaje się, że w szkole.
- No tak... Nie jestem na nią zły, że wyszła. Ale nie wiem czy długo wytrzymam bez tej złości. Pewnie w końcu się wkurzę, bo... bo nie zdołam wytrwać w spokoju. Nie będę zły na nią, tylko bardziej na siebie, że się boję, ale pewnie będę wkrótce w ogólnie złym nastroju i będzie wyglądało to tak, jakbym był zły na nią.
- Haha, załóżmy, że rozumiem.
Jakiś czas później, 13.23
Nie mogę uwierzyć, że tak długo wytrzymałem sam! Jeszcze jej nie ma...
Godzina 14.42
Ktoś pociągnął za klamkę i drzwi się otworzyły. Kolejny raz spojrzałem w tamtą stronę, mając nadzieję, że to nareszcie Julka. Tym razem się nie myliłem. To była ona. Spoglądała na ziemię, kosmyk zasłonił jej oczy. Weszła do środka i zamknęła drzwi. Jak gdyby nigdy nic położyła torbę na krawędzi krzesła. Nabrałem głęboki oddech drżącymi ustami.
- Czemu mnie zostawiłaś? - spytałem jakby z pretensją. Niby co innego miałem powiedzieć? Musiałem się pogodzić z tym, że boję się tego, czego się boję, i jestem, jaki jestem. Co więc za różnica, czy będę ten strach okazywał czy nie, skoro i tak wszyscy go zauważą?
Ona spojrzała na mnie wielkimi oczami, ale nic nie mówiła. Wyjęła komórkę z kieszeni spodni, chwilę coś szperała w dotykowym telefonie, a potem odeszła nieco dalej, nadal wpatrując się w ekran, tak jakby nic bym się dla niej nie znaczył. Także odezwałem się niepewnie znowu.
- Zadałem ci pytanie...
Zerknęła na mnie. Westchnęła.
- Słuchaj, Justin. Ja mam swoje życie. - odpowiedziała w końcu. Zasmuciło mnie to, bo z jednej strony miała rację.
- Tak, wiem, że masz. Ale nie masz w tym swoim życiu nawet chwili dla mnie? Nie jestem dla ciebie choć w 1 % życia ważny? - gadałem trochę jakbym się uważał za nie wiadomo kogo, ale słowa same wylatywały mi z ust ze zdenerwowania, zakłopotania, strachu, samotności, smutku...
- Ohh, Justin, no... Przepraszam, musiałam iść do szkoły! Co ty myślisz?! Że ja mogę tak tu sobie siedzieć przy tobie? Dla mnie też to trudne do załatwienia...
Może ciut za bardzo się wydarłam. Ale co on sobie myśli, że to tak myk myk, rachu ciachu i już gotowe? Już trzy dni opuściłam szkołę, by przy nim siedzieć. Tym razem wypadało mi pójść do szkoły...
- Trudno. - powiedział i obrócił się do ściany. - Jak już dla nikogo się nie liczę... to wyjdź jak chcesz, i nie wracaj, choć wiesz, że się boję jak cholera...
- Justin... - zrobiło mi się przykro.
- Może gdy już umrę to zastaniesz święty spokój. Nie jestem już potrzebny na tym świecie, by żyć.
- Justin, daj spokój, co ty wygadujesz? - mówiłam, będąc pewna, że Jus lekko przesadza, i wcale tak nie myśli. Ale po chwili zobaczyłam łzę spływającą mu po policzku, i poczułam ukłucie w sercu. Zrobiło mi się go szkoda, pojawiło się poczucie winy. On zadrżał, domyśliłam się, że już płakał.
Bez słowa podeszłam, położyłam się obok na łóżku i wtuliłam go w siebie.
Wtuliła mnie w siebie. Przesunęła dłonią po moim policzku ścierając mi łzę. Już nie czułem wstydu w pokazywaniu swoich uczuć. Trudno. Jestem jaki jestem.
To takie miłe uczucie, w końcu mnie przytuliła. Było tak ciepło...
- Przepraszam, wiem, że masz też swoje życie... - powiedziałem cicho, ale tak, by mogła mnie usłyszeć. Ona wtedy zbliżyła się do mnie i czule pocałowała mnie w głowę.
Już powoli zasypiałem, gdy usłyszałem jej słowa:
- Ja coś wymyślę, Justin...
A wtedy już pogrążył mnie sen.
Oczami Julii
Wiedziałam, że to się nie spodoba Justinowi. Jednak musiałam to zrobić. Miałam też własne życie, własne sprawy. Muszę to zrobić, bo jak nie, będę miała przechlapane.
Justin jeszcze spał, odwrócony w stronę ściany. Słońce powoli wstawało i wpadając przez okno do pomieszczenia oświetlało nieco jego twarz. Rozpostarłam bardziej rolety, by nie raziło go w oczy, gdy je otworzy. Przykryłam go, wzięłam swoją torbę i wyszłam.
Oczami Justina
Budzę się całkiem wyspany... Przeciągam się. Jaki piękny dziś dzień. Szkoda jednak, że cały przesiedzę w szpitalu. Rozpostarłem rolety, i już po chwili rozbłysnęło dookoła światło. Rozejrzałem się i cała radość i spokój wtedy powoli przeminęły...
Julki znowu nie było. Spuściłem głowę.
- Czemu ona mi to robi? - wyszeptałem sam do siebie. Zorientowałem się, że jestem też głodny. Miałem ochotę zjeść coś dobrego, ale... nie mogłem skoncentrować myśli na niczym innym niż na tym, że jestem sam. Dlaczego ja się boję? To takie okropne uczucie.
Właśnie zamierzałem wstać i bez powodu pętać się po szpitalu po raz kolejny, gdy weszła do sali jakaś pielęgniarka, ale to nie była Julia.
- Cześć. - przywitała się, i podeszła bliżej, niosąc w rękach tacę z moim śniadaniem.
- Cześć... - wyszeptałem niepewnie.
- Lepiej się czujesz? - spytała i uśmiechnęła się, położyła tacę na łóżku, a na szufladzie obok postawiła kubek z herbatą.
- Można tak powiedzieć... Tylko trochę słabo. - odpowiedziałem. Chciałem się już zabrać do jedzenia.
- Nic dziwnego. Słyszałam, że chodziłeś w nocy po korytarzach. Justin? Czego tam szukałeś? Przecież wiesz, że nie nabrałeś wystarczająco sił na takie... wyprawy. - mówiła.
- Wiem, jesteś kolejną osobą, która mi to mówi. A co do pytania... Czemu się tak plątałem? Myślę, że znasz odpowiedź...
- Chyba tak. Doszły mnie słuchy ostatnio, że boisz się być sam. To prawda? - na te jej słowa zaczerwieniłem się lekko ze wstydu. Ostatnimi czasy tak często okazuję strach, nie umiem go skryć, źle mi z tym, bo czuję się wtedy tak... jak dziecko, tchórz. Jakby wszyscy mieli mnie wyśmiać. Byłem na siebie wściekły, że tak często się boję.
- Niestety tak... Prawda. - wyjąkałem.
- Dobrze, ale dlaczego się boisz być sam?
- Sam nie wiem. Nie pytaj. To dla mnie trudne. Mam tak od czasu operacji. W zasadzie to... Nie wiem, czy ja boję się być sam... Może boję się czego innego.
- Czego, Justin?
- Nie wiem! - prawie krzyknąłem. Nastała cisza, którą po chwili przerwałem. - Wszystkiego...
- Wszystkiego? - spytała trochę zdziwiona. - Nie bój się, Justin, opowiedz mi. Jeśli nie chcesz, to nikomu nie powiem. - złapała mnie za dłoń, na którą spojrzałem oschle.
- Nie wiem kim jesteś. - odpowiedziałem sucho.
- Jestem Lucy. - przedstawiła się.
- Nic mi to nie mówi...
- Znam się z Julią. Jesteśmy dobrymi koleżankami. - wtedy od razu spojrzałem na nią z większym zainteresowaniem.
- Na prawdę?
- Tak, często chodzimy na kanapki po pracy. - zaśmiała się, cicho.
- Niech zgadnę. Z kurczakiem, szpinakiem i serem pleśniowym? - uśmiechnąłem się nieco.
- Hah, tak, właśnie tak. Przynajmniej ona wciąż taką kupuje. - skinąłem głową na jej słowa. - Także chcesz zjeść? - wskazała na tacę ze śniadaniem.
- Tak, jestem głodny.
- Więc chodź, umyj chociaż ręce. - wtedy zaniosła mnie do łazienki, bo oczywiście samemu mi nie pozwoliła dojść tę parę metrów, i pomogła mi umyć ręce, a gdy położyła mnie z powrotem na łóżku rzuciłem się na jedzenie. Poprosiła bym opowiedział więcej o moim lęku i o tym, co go powoduje.
- To trudne. Sam tego do końca nie wiem. Racja, boję się być sam. Lepiej mi jak ktoś jest obok, ktokolwiek kogo znam, lub wiem kim jest i że nie ma złych zamiarów co do mnie. Na przykład ciebie nie znałem, zanim ty weszłaś, ale nie bałem się ciebie, bo wiedziałem, że jesteś pielęgniarką i chcesz mi pomóc.
- Ok, mów dalej. - uśmiechnęła się.
- Głupio mi mówić o moim strachu, spowodowanym dziecinnymi obawami...
- To nie jest wcale głupie. Po prostu pewnie masz coś z psychiką, bo się bałeś bardzo operacji. W każdym razie kontynuuj.
- Jest taka osoba przy której się wcale nie boję. To jest Julka. Nie wiem co ona takiego ma w sobie, czasem sprawia mi przykrość, zazwyczaj tym, że sobie wychodzi gdzieś, wiedząc, że się boję gdy jej nie ma.
- Aha, czyli boisz się bez niej. - powiedziała, ale nie zwracałem na to uwagi, choć to była prawda.
- Więc czasami sprawia mi przykrość na ten sposób, ale i tak jest mi lepiej, jak ona jest obok, choćby się słowem nie odezwała i byłaby obrażona. Ale ona nigdy nie jest obrażona. Od razu mówię, że nie chodzi o to, że się w niej zakochałem! To nie prawda. Ale ją widziałem, gdy usypiałem przed operacją. Była ostatnią, którą widziałem, przed tym momentem, którego się bardzo obawiałem. Było mi trudno, ale mnie pocieszała, jak nikt inny nie potrafił, nawet moja mama. Ona sprawiała, że jeszcze parę razy się przedtem uśmiechnąłem. Nie chcę by teraz sobie poszła. Nie wiem czemu się boję bez niej. Ale się boję. Wszystkiego. Nie tylko, że już nie wróci, ale gdy jej nie ma, mam takie myśli jak... na przykład, że operację trzeba będzie powtórzyć, że coś pójdzie nie tak, że będę miał poważne kłopoty zdrowotne...
- Czyli ... masz pesymistyczne myśli gdy jej nie ma obok.
- Tak też można to ująć. Jest też tak, że przy niej czuje się pewniej. Przypuśćmy, że przychodzi tu mój anty-fan i się ze mnie nabija, jaki to ja jestem żałosny i wszystkiego się boję, a Julka jest obok. Na pewno byłoby mi przykro, ale bym mu nawtykał, odpowiedział cokolwiek, a gdyby jej nie było... pewnie bym siedział cicho i bał się... i... dobrze, powiem to. Pewnie bym się popłakał. - skończyłem mówić i jadłem dalej.
- Ok, rozumiem. Nie martw się.
- A tak w ogóle... - zacząłem znowu, grzebiąc łyżeczką w kubku od herbaty. - ... to wiesz gdzie ona teraz jest?
- Julka? Zdaje się, że w szkole.
- No tak... Nie jestem na nią zły, że wyszła. Ale nie wiem czy długo wytrzymam bez tej złości. Pewnie w końcu się wkurzę, bo... bo nie zdołam wytrwać w spokoju. Nie będę zły na nią, tylko bardziej na siebie, że się boję, ale pewnie będę wkrótce w ogólnie złym nastroju i będzie wyglądało to tak, jakbym był zły na nią.
- Haha, załóżmy, że rozumiem.
Jakiś czas później, 13.23
Nie mogę uwierzyć, że tak długo wytrzymałem sam! Jeszcze jej nie ma...
Godzina 14.42
Ktoś pociągnął za klamkę i drzwi się otworzyły. Kolejny raz spojrzałem w tamtą stronę, mając nadzieję, że to nareszcie Julka. Tym razem się nie myliłem. To była ona. Spoglądała na ziemię, kosmyk zasłonił jej oczy. Weszła do środka i zamknęła drzwi. Jak gdyby nigdy nic położyła torbę na krawędzi krzesła. Nabrałem głęboki oddech drżącymi ustami.
- Czemu mnie zostawiłaś? - spytałem jakby z pretensją. Niby co innego miałem powiedzieć? Musiałem się pogodzić z tym, że boję się tego, czego się boję, i jestem, jaki jestem. Co więc za różnica, czy będę ten strach okazywał czy nie, skoro i tak wszyscy go zauważą?
Ona spojrzała na mnie wielkimi oczami, ale nic nie mówiła. Wyjęła komórkę z kieszeni spodni, chwilę coś szperała w dotykowym telefonie, a potem odeszła nieco dalej, nadal wpatrując się w ekran, tak jakby nic bym się dla niej nie znaczył. Także odezwałem się niepewnie znowu.
- Zadałem ci pytanie...
Zerknęła na mnie. Westchnęła.
- Słuchaj, Justin. Ja mam swoje życie. - odpowiedziała w końcu. Zasmuciło mnie to, bo z jednej strony miała rację.
- Tak, wiem, że masz. Ale nie masz w tym swoim życiu nawet chwili dla mnie? Nie jestem dla ciebie choć w 1 % życia ważny? - gadałem trochę jakbym się uważał za nie wiadomo kogo, ale słowa same wylatywały mi z ust ze zdenerwowania, zakłopotania, strachu, samotności, smutku...
- Ohh, Justin, no... Przepraszam, musiałam iść do szkoły! Co ty myślisz?! Że ja mogę tak tu sobie siedzieć przy tobie? Dla mnie też to trudne do załatwienia...
Oczami Julii
Może ciut za bardzo się wydarłam. Ale co on sobie myśli, że to tak myk myk, rachu ciachu i już gotowe? Już trzy dni opuściłam szkołę, by przy nim siedzieć. Tym razem wypadało mi pójść do szkoły...
- Trudno. - powiedział i obrócił się do ściany. - Jak już dla nikogo się nie liczę... to wyjdź jak chcesz, i nie wracaj, choć wiesz, że się boję jak cholera...
- Justin... - zrobiło mi się przykro.
- Może gdy już umrę to zastaniesz święty spokój. Nie jestem już potrzebny na tym świecie, by żyć.
- Justin, daj spokój, co ty wygadujesz? - mówiłam, będąc pewna, że Jus lekko przesadza, i wcale tak nie myśli. Ale po chwili zobaczyłam łzę spływającą mu po policzku, i poczułam ukłucie w sercu. Zrobiło mi się go szkoda, pojawiło się poczucie winy. On zadrżał, domyśliłam się, że już płakał.
Bez słowa podeszłam, położyłam się obok na łóżku i wtuliłam go w siebie.
Oczami Justina
Wtuliła mnie w siebie. Przesunęła dłonią po moim policzku ścierając mi łzę. Już nie czułem wstydu w pokazywaniu swoich uczuć. Trudno. Jestem jaki jestem.
To takie miłe uczucie, w końcu mnie przytuliła. Było tak ciepło...
- Przepraszam, wiem, że masz też swoje życie... - powiedziałem cicho, ale tak, by mogła mnie usłyszeć. Ona wtedy zbliżyła się do mnie i czule pocałowała mnie w głowę.
Już powoli zasypiałem, gdy usłyszałem jej słowa:
- Ja coś wymyślę, Justin...
A wtedy już pogrążył mnie sen.
Tagi:
9
W nocy, 00:41
Przez to, że zderzyłem się z tajemniczą osobą, poczułem piekielny ból w mojej klatce piersiowej. Poczułem, jakby nagle ktoś chwycił mnie mocno za szwy, a następnie wyrwał mi je brutalnie, z całej siły. Syknąłem. Całą sytuację pogorszyło to, że czułem się słabo. Julia miała rację, spacerowanie sobie beztrosko w takim stanie, jakim jestem, mogło skończyć się źle. Nie mówiąc już jak się spaceruje samemu po szpitalu, w ciemnościach nocy, ciągnąc za sobą swoją kroplówkę.
Widocznie osoba przede mną zorientowała się, że mnie coś mocno zabolało. Ja mogłem w mroku dostrzec tylko czarną sylwetkę postaci, na którą się natknąłem. Człowiek był trochę wyższy ode mnie, zdałem sobie sprawę, że to jeden z dorosłych tu pracujących. Był to mężczyzna, co rozpoznałem po jego głosie.
- Coś się stało? Kim jesteś? - spytał.
- Mm... - jęknąłem, nadal nieotrząśnięty z bólu. - Pytanie raczej kim ty jesteś.
- No tak... Jestem doktor Blind, pracuję tutaj.
- Mmm... Doktor Blind? To pan mnie operował? - spytałem zaskoczony i nieco zaciekawiony.
- Tak, to prawda. - a więc rozpoznał mnie po głosie... - Justin, co ty tu robisz? Nie powinieneś teraz spać? - zadał pytanie troskliwie, ale ja nic nie odpowiedziałem, bo nawet nie wiedziałem co. - Nie powinieneś tak chodzić sam w nocy, szczególnie, gdy nie widzisz gdzie idziesz. Na dodatek możesz poczuć się słabo, nie jesteś w najlepszym stanie. Co to za nocne przechadzki? - pytał spokojnie, niesurowo.
- ... - milczałem dalej schylając głowę.
- Przepraszam, że na ciebie wpadłem. Stało się coś?
- Nie... Chyba nie. Tylko zabolało.
- Chodź, Justin, zaprowadzę cię z powrotem, zanim zemdlejesz z wyczerpania. - oznajmił opiekuńczo i poszedł ze mną do sali, gdzie pomógł mi się położyć i prosił, bym nie włóczył się więcej po zmroku.
- Miło pana poznać, w końcu widzę lekarza, który operował mi serce. - uśmiechnąłem się nieznacznie.
- Haha, niby byłem już przy tobie, gdy cię usypiali, ale tak byłeś zdenerwowany, że nawet mnie pewnie nie zauważyłeś. - poklepał mnie po ramieniu.
- Być może... - uśmiech znikł z mojej twarzy.
- Ej, Justin, nie smuć się. Wkrótce wyzdrowiejesz i wyjdziesz ze szpitala. Będziesz mógł tańczyć, biegać i pływać tak jak kiedyś, bez takiego wielkiego przemęczenia. Ale musisz dojść do siebie, to nie da się tak na raz dwa, ale powolutku i na spokojnie.
- I będę mógł jeździć na desce... - wyszeptałem, ale doktor Blind to usłyszał.
- Nawet jeździć na desce będziesz mógł! Ale na razie uważaj na siebie, Justin... - uśmiechnął się do mnie, i wyszedł.
Miałem siedzieć cicho i spokojnie, a najlepiej spać, a nie pętać się po szpitalnych korytarzach, ale znów nie udawało mi się zasnąć, a Julka nie wracała...
Wiem, czasami postępuję głupio, popełniam idiotyczne błędy, każdemu się zdarza. Na przykład właśnie wtedy, gdy po raz kolejny tej nocy, wstałem, wziąłem kroplówkę, i wyszedłem z sali. Nadal panowały nieprzeniknione ciemności.
Znów szedłem przed siebie, nie wiedząc po co. Miałem pustkę w głowie, tylko szedłem, lekko przestraszony, oczekując czegoś, nie wiadomo czego.
W tym momencie powtórzyło się to samo co wcześniej. Wpadłem na kogoś i poczułem ból w klatce, za którą od razu się złapałem.
- Matko! Shhh! - krzyknąłem. - Znowu to samo! Jakiś pech mnie dziś prześladuje, mm... - zacisnąłem mocno zęby.
- Justin? - usłyszałem głos Julii, i już nabrałem pewności, że to ona przede mną stoi.
- Julia? - zapytałem drżącym z bólu głosem, choć dobrze wiedziałem, że to ona.
- Justin, co ty tu robisz? - prawie wrzasnęła.
- Mm... Gdzie byłaś? - spytałem tak samo głośno.
- Ja... ja pracowałam. - odpowiedziała. - Ale czemu kręcisz się głupio po szpitalu?
- Bo... - a teraz... no tak... muszę to powiedzieć... napłynęły mi łzy do oczu. Tak, wiem. Męska reakcja to to nie była. - Jak mogłaś mnie zostawić samego?! Przecież wiesz, że się boję! - starałem się mówić tak, by nie połapała się, że zbliża mi się na płacz, ale nie do końca mi się to udało, bo raczej sobie to uświadomiła.
- Przepraszam, Justin, musiałam pracować, ale... Czemu chodzisz samemu w nocy? - słyszałem to pytanie po raz kolejny dzisiaj. - Poczujesz się słabo...
- Troszkę za późno... - wymamrotałem, bo byłem już na granicy przytomności. Ona błyskawicznie wzięła mnie na ręce i zaniosła do sali z powrotem, gdzie położyła mnie na łóżku i podała mi lekarstwo do wenflonu.
- Nigdy więcej tak nie rób! - rozkazała surowo.
- Nigdy więcej nie zostawiaj mnie! - krzyknąłem na nią, ale mniej z pretensji do niej, bardziej raczej ze strachu, wstydu i świadomości jaki jestem naiwny, a w moim głosie usłyszała smutek i łzy, po czym się odwróciłem na drugi bok, i starałem się, bym się nie rozpłakał.
Ona zamilkła, usiadła na łóżku.
- Przesuń się trochę. - poprosiła. W jej głosie już nie było szorstkości. Zrobiłem jej miejsce na łóżku, więc położyła się obok, i odwróciła drugim bokiem, więc leżeliśmy do siebie plecami.
- Już nie odchodź... - powiedziałem.
- Niech ci będzie. - odparła obojętnie, wtedy zasnąłem z łatwością.
Oczami Justina
Przez to, że zderzyłem się z tajemniczą osobą, poczułem piekielny ból w mojej klatce piersiowej. Poczułem, jakby nagle ktoś chwycił mnie mocno za szwy, a następnie wyrwał mi je brutalnie, z całej siły. Syknąłem. Całą sytuację pogorszyło to, że czułem się słabo. Julia miała rację, spacerowanie sobie beztrosko w takim stanie, jakim jestem, mogło skończyć się źle. Nie mówiąc już jak się spaceruje samemu po szpitalu, w ciemnościach nocy, ciągnąc za sobą swoją kroplówkę.
Widocznie osoba przede mną zorientowała się, że mnie coś mocno zabolało. Ja mogłem w mroku dostrzec tylko czarną sylwetkę postaci, na którą się natknąłem. Człowiek był trochę wyższy ode mnie, zdałem sobie sprawę, że to jeden z dorosłych tu pracujących. Był to mężczyzna, co rozpoznałem po jego głosie.
- Coś się stało? Kim jesteś? - spytał.
- Mm... - jęknąłem, nadal nieotrząśnięty z bólu. - Pytanie raczej kim ty jesteś.
- No tak... Jestem doktor Blind, pracuję tutaj.
- Mmm... Doktor Blind? To pan mnie operował? - spytałem zaskoczony i nieco zaciekawiony.
- Tak, to prawda. - a więc rozpoznał mnie po głosie... - Justin, co ty tu robisz? Nie powinieneś teraz spać? - zadał pytanie troskliwie, ale ja nic nie odpowiedziałem, bo nawet nie wiedziałem co. - Nie powinieneś tak chodzić sam w nocy, szczególnie, gdy nie widzisz gdzie idziesz. Na dodatek możesz poczuć się słabo, nie jesteś w najlepszym stanie. Co to za nocne przechadzki? - pytał spokojnie, niesurowo.
- ... - milczałem dalej schylając głowę.
- Przepraszam, że na ciebie wpadłem. Stało się coś?
- Nie... Chyba nie. Tylko zabolało.
- Chodź, Justin, zaprowadzę cię z powrotem, zanim zemdlejesz z wyczerpania. - oznajmił opiekuńczo i poszedł ze mną do sali, gdzie pomógł mi się położyć i prosił, bym nie włóczył się więcej po zmroku.
- Miło pana poznać, w końcu widzę lekarza, który operował mi serce. - uśmiechnąłem się nieznacznie.
- Haha, niby byłem już przy tobie, gdy cię usypiali, ale tak byłeś zdenerwowany, że nawet mnie pewnie nie zauważyłeś. - poklepał mnie po ramieniu.
- Być może... - uśmiech znikł z mojej twarzy.
- Ej, Justin, nie smuć się. Wkrótce wyzdrowiejesz i wyjdziesz ze szpitala. Będziesz mógł tańczyć, biegać i pływać tak jak kiedyś, bez takiego wielkiego przemęczenia. Ale musisz dojść do siebie, to nie da się tak na raz dwa, ale powolutku i na spokojnie.
- I będę mógł jeździć na desce... - wyszeptałem, ale doktor Blind to usłyszał.
- Nawet jeździć na desce będziesz mógł! Ale na razie uważaj na siebie, Justin... - uśmiechnął się do mnie, i wyszedł.
Miałem siedzieć cicho i spokojnie, a najlepiej spać, a nie pętać się po szpitalnych korytarzach, ale znów nie udawało mi się zasnąć, a Julka nie wracała...
Wiem, czasami postępuję głupio, popełniam idiotyczne błędy, każdemu się zdarza. Na przykład właśnie wtedy, gdy po raz kolejny tej nocy, wstałem, wziąłem kroplówkę, i wyszedłem z sali. Nadal panowały nieprzeniknione ciemności.
Znów szedłem przed siebie, nie wiedząc po co. Miałem pustkę w głowie, tylko szedłem, lekko przestraszony, oczekując czegoś, nie wiadomo czego.
W tym momencie powtórzyło się to samo co wcześniej. Wpadłem na kogoś i poczułem ból w klatce, za którą od razu się złapałem.
- Matko! Shhh! - krzyknąłem. - Znowu to samo! Jakiś pech mnie dziś prześladuje, mm... - zacisnąłem mocno zęby.
- Justin? - usłyszałem głos Julii, i już nabrałem pewności, że to ona przede mną stoi.
- Julia? - zapytałem drżącym z bólu głosem, choć dobrze wiedziałem, że to ona.
- Justin, co ty tu robisz? - prawie wrzasnęła.
- Mm... Gdzie byłaś? - spytałem tak samo głośno.
- Ja... ja pracowałam. - odpowiedziała. - Ale czemu kręcisz się głupio po szpitalu?
- Bo... - a teraz... no tak... muszę to powiedzieć... napłynęły mi łzy do oczu. Tak, wiem. Męska reakcja to to nie była. - Jak mogłaś mnie zostawić samego?! Przecież wiesz, że się boję! - starałem się mówić tak, by nie połapała się, że zbliża mi się na płacz, ale nie do końca mi się to udało, bo raczej sobie to uświadomiła.
- Przepraszam, Justin, musiałam pracować, ale... Czemu chodzisz samemu w nocy? - słyszałem to pytanie po raz kolejny dzisiaj. - Poczujesz się słabo...
- Troszkę za późno... - wymamrotałem, bo byłem już na granicy przytomności. Ona błyskawicznie wzięła mnie na ręce i zaniosła do sali z powrotem, gdzie położyła mnie na łóżku i podała mi lekarstwo do wenflonu.
- Nigdy więcej tak nie rób! - rozkazała surowo.
- Nigdy więcej nie zostawiaj mnie! - krzyknąłem na nią, ale mniej z pretensji do niej, bardziej raczej ze strachu, wstydu i świadomości jaki jestem naiwny, a w moim głosie usłyszała smutek i łzy, po czym się odwróciłem na drugi bok, i starałem się, bym się nie rozpłakał.
Ona zamilkła, usiadła na łóżku.
- Przesuń się trochę. - poprosiła. W jej głosie już nie było szorstkości. Zrobiłem jej miejsce na łóżku, więc położyła się obok, i odwróciła drugim bokiem, więc leżeliśmy do siebie plecami.
- Już nie odchodź... - powiedziałem.
- Niech ci będzie. - odparła obojętnie, wtedy zasnąłem z łatwością.
Tagi:
8
Tego samego dnia, 10:23
Wtedy do sali weszli jacyś lekarze z wózkiem inwalidzkim... Pomyślałem, że może pomylili sale, bo przecież, taki wózek nie jest mi wcale potrzebny. Jednak myliłem się.
- Prosimy, Justin, byś tu usiadł, bo musimy cię zawieść na kilka badań. - powiedzieli.
- Czemu nie mogę pójść sam, na nogach? - spytałem, zanim mnie wsadzili na wózek.
- Lepiej nie. - wtrąciła się Julia. - Ostrożniej będzie, jak zawieziemy cię, bo po operacji jesteś bardzo wyczerpany. Możesz poczuć się słabo stojąc, a tym bardziej chodząc. Bardzo możliwe, że mogłoby się coś stać. Najlepiej po prostu usiądź i wszystko będzie dobrze, ale jakby się coś działo, poczułbyś się źle, słabo, miałbyś mdłości, lub kręciłoby ci się w głowie, to mów. Wszystko jedno kiedy i gdzie to będzie, musisz nam mówić o swoim samopoczuciu, bo te informacje są dla nas ważne. Dzięki nim będziemy więcej wiedzieli o tym, jak cię szybko i porządnie wyleczyć. - uśmiechnęła się.
Po wytłumaczeniu mu tego wszystkiego, wzięłam go na ręce, a potem szybko przeniosłam na wózek. O mało co się pod nim nie zarwałam, ale ciężar! Ale to nie ma znaczenia, najważniejsze jest jego zdrowie i bezpieczeństwo.
Zawieźli mnie na różne badania, przed którymi Julia do mnie mówiła: "Jak będziesz grzeczny to, gdy wyzdrowiejesz, pójdę z tobą na pizzę" i się śmiała, a ja razem z nią. Gdy było już nareszcie po badaniach, wykończony odetchnąłem z ulgą.
Tak na prawdę przez cały dzień nic się nie działo takiego, co miałbym wam opisywać... Jedyne co pamiętam z tamtego dnia, to jak Julka zawiozła mnie na wózku do łazienki, bym mógł umyć zęby, a gdy już szczotkowałem je, cały się obśliniłem na jej oczach. Matko! Co za wstyd...
Dzień się szybko skończył i, będąc zmęczony, postanowiłem, że położę się już spać. Nie zapomniałem jednak przedtem zalogować się na Twittera i napisać do moich fanów. W trends było "Justin is single" (Justin jest singlem) i "How are you Justin?" (Jak się masz, Justin?). Prędko napisałem Tweet "Tak, widziałem Trendsy. Po pierwsze - mam się dobrze, dziękuję wam, że jesteście przy mnie i się troszczycie! Wszystko ok. A po drugie... Haha, czemu mówicie, że jestem wolny? Przecież mam miliony dziewczyn! To wy - Beliebers #REAL". Byłem zbyt śpiący, by odpisywać na wiadomości innych, więc wyszedłem z Twittera, i zalogowałem się na Facebooka, gdzie napisałem krótki post, po czym odłożyłem laptopa na bok, a sam położyłem się wygodniej i zasnąłem.
W nocy
Obudziłem się nagle w nocy, i rozglądnąłem dookoła. Nikogo nie było ze mną, choć byłem pewny, że gdy zasypiałem, była w pobliżu Julka. Jak mogła mnie zostawić samego?! Poczułem się trochę wściekły, przecież ona wie, że nie lubię być sam... wręcz boję się tego. Znów pojawiło się w mojej głowie pytanie "Dlaczego się boję?", ale nie miałem ochoty kolejny raz się nad tym zastanawiać.
Co miałem robić? Czekałem... Chciałem zasnąć, ale nie potrafiłem. Wciąż coś mnie rozpraszało. W końcu nie wytrzymałem, wstałem z trudnością, wziąłem moją kroplówkę, i wyszedłem na korytarz.
Po prostu szedłem przed siebie, mijałem różne sale i pomieszczenia, w których leżało całe mnóstwo dzieci i dorosłych. Było ciemno i zimno. Idąc tak drżałem. Na suficie wisiały powyłączane lampy, jedna z nich migała tylko od czasu do czasu, oświetlając mi drogę. Nie wiedziałem, gdzie idę i po co dokładnie. Po prostu chciałem sprawdzić gdzie jest Julia, nie mogłem leżeć i czekać! I tak długo nie usiedziałbym jeszcze na miejscu.
Szedłem powoli, patrząc pod nogi. Nagle wpadłem na kogoś i aż odskoczyłem z przerażenia, a potem krzyknąłem, na szczęście cicho, więc nikogo nie obudziłem.
- Kto to?! - spytałem zdenerwowany, bo nie widziałem nic poza ciemnością. Tym bardziej, że powoli zaczęło mi się robić słabo, i poczułem ból w mojej klatce, na skutek zderzenia.
Oczami Justina
Wtedy do sali weszli jacyś lekarze z wózkiem inwalidzkim... Pomyślałem, że może pomylili sale, bo przecież, taki wózek nie jest mi wcale potrzebny. Jednak myliłem się.
- Prosimy, Justin, byś tu usiadł, bo musimy cię zawieść na kilka badań. - powiedzieli.
- Czemu nie mogę pójść sam, na nogach? - spytałem, zanim mnie wsadzili na wózek.
- Lepiej nie. - wtrąciła się Julia. - Ostrożniej będzie, jak zawieziemy cię, bo po operacji jesteś bardzo wyczerpany. Możesz poczuć się słabo stojąc, a tym bardziej chodząc. Bardzo możliwe, że mogłoby się coś stać. Najlepiej po prostu usiądź i wszystko będzie dobrze, ale jakby się coś działo, poczułbyś się źle, słabo, miałbyś mdłości, lub kręciłoby ci się w głowie, to mów. Wszystko jedno kiedy i gdzie to będzie, musisz nam mówić o swoim samopoczuciu, bo te informacje są dla nas ważne. Dzięki nim będziemy więcej wiedzieli o tym, jak cię szybko i porządnie wyleczyć. - uśmiechnęła się.
Oczami Julii
Po wytłumaczeniu mu tego wszystkiego, wzięłam go na ręce, a potem szybko przeniosłam na wózek. O mało co się pod nim nie zarwałam, ale ciężar! Ale to nie ma znaczenia, najważniejsze jest jego zdrowie i bezpieczeństwo.
Oczami Justina
Zawieźli mnie na różne badania, przed którymi Julia do mnie mówiła: "Jak będziesz grzeczny to, gdy wyzdrowiejesz, pójdę z tobą na pizzę" i się śmiała, a ja razem z nią. Gdy było już nareszcie po badaniach, wykończony odetchnąłem z ulgą.
Tak na prawdę przez cały dzień nic się nie działo takiego, co miałbym wam opisywać... Jedyne co pamiętam z tamtego dnia, to jak Julka zawiozła mnie na wózku do łazienki, bym mógł umyć zęby, a gdy już szczotkowałem je, cały się obśliniłem na jej oczach. Matko! Co za wstyd...
Dzień się szybko skończył i, będąc zmęczony, postanowiłem, że położę się już spać. Nie zapomniałem jednak przedtem zalogować się na Twittera i napisać do moich fanów. W trends było "Justin is single" (Justin jest singlem) i "How are you Justin?" (Jak się masz, Justin?). Prędko napisałem Tweet "Tak, widziałem Trendsy. Po pierwsze - mam się dobrze, dziękuję wam, że jesteście przy mnie i się troszczycie! Wszystko ok. A po drugie... Haha, czemu mówicie, że jestem wolny? Przecież mam miliony dziewczyn! To wy - Beliebers #REAL". Byłem zbyt śpiący, by odpisywać na wiadomości innych, więc wyszedłem z Twittera, i zalogowałem się na Facebooka, gdzie napisałem krótki post, po czym odłożyłem laptopa na bok, a sam położyłem się wygodniej i zasnąłem.
W nocy
Obudziłem się nagle w nocy, i rozglądnąłem dookoła. Nikogo nie było ze mną, choć byłem pewny, że gdy zasypiałem, była w pobliżu Julka. Jak mogła mnie zostawić samego?! Poczułem się trochę wściekły, przecież ona wie, że nie lubię być sam... wręcz boję się tego. Znów pojawiło się w mojej głowie pytanie "Dlaczego się boję?", ale nie miałem ochoty kolejny raz się nad tym zastanawiać.
Co miałem robić? Czekałem... Chciałem zasnąć, ale nie potrafiłem. Wciąż coś mnie rozpraszało. W końcu nie wytrzymałem, wstałem z trudnością, wziąłem moją kroplówkę, i wyszedłem na korytarz.
Po prostu szedłem przed siebie, mijałem różne sale i pomieszczenia, w których leżało całe mnóstwo dzieci i dorosłych. Było ciemno i zimno. Idąc tak drżałem. Na suficie wisiały powyłączane lampy, jedna z nich migała tylko od czasu do czasu, oświetlając mi drogę. Nie wiedziałem, gdzie idę i po co dokładnie. Po prostu chciałem sprawdzić gdzie jest Julia, nie mogłem leżeć i czekać! I tak długo nie usiedziałbym jeszcze na miejscu.
Szedłem powoli, patrząc pod nogi. Nagle wpadłem na kogoś i aż odskoczyłem z przerażenia, a potem krzyknąłem, na szczęście cicho, więc nikogo nie obudziłem.
- Kto to?! - spytałem zdenerwowany, bo nie widziałem nic poza ciemnością. Tym bardziej, że powoli zaczęło mi się robić słabo, i poczułem ból w mojej klatce, na skutek zderzenia.
Tagi:
7
Szpital, nocą
Wieczorem, prócz uczenia się, oczywiście też poszłam zająć się swoją pracą. Chodziłam po całym szpitalu i zajmowałam się wszystkim, czym trzeba było. Tak minęły dwie godziny, po których ciężko opadłam na krzesło przy łóżku Justina.
Zamierzałam już wziąć swoją torbę, spakować się, i pójść do domu. Przypomniało mi się jednak co powiedziałam Justinowi "Będę czasami wychodzić, ale po chwili będę wracać". Przecież jak pójdę do domu, to raczej po chwili nie wrócę. Oh, rany, zapomniałam mu powiedzieć, że powinnam iść do domu! Przecież nie pracuję dziś całą noc. Głupio by było teraz tak odejść...
Zastanawiałam się tak, podając Justinowi przez wenflon lek, który miał mu pomóc w odzyskiwaniu sił. On się nieco rozbudził i otworzył oczy, patrząc w moją stronę, i obserwując co robię. Nic nie mówił. Panował całkowity bezgłos.
- No co się tak patrzysz? - spytałam po cichu. - Przecież nic złego ci nie robię.
Odwrócił głowę, a gdy go puściłam od razu zabrał rękę i położył się wygodniej na boku, plecami do mnie, jakby moja obecność była mu zupełnie obojętna. I dobrze, tak ma być.
Sama znów usiadłam na krześle, oparłam się o łóżko.
- Śpisz, czy nie śpisz? - skierowałam pytanie do Justina.
- Tak pół na pół... A co?
- Bo ja skończyłam robotę i chyba chcę do domu, hehe. No bo co? Mam tu spać?
- A kto tu będzie? - spojrzał na mnie.
- ... Ty tu będziesz... Cały czas.
- Ktoś jeszcze?... Zaraz... Cały czas? Co znaczy cały czas?
- Dopóki cię nie wypuszczą ze szpitala. Musisz dojść w miarę do siebie. - wytłumaczyłam spokojnie, bez pośpiechu. - Nie wiem czy ktoś jeszcze będzie.
- Kiedy wrócisz? - zapytał w pewnej mierze smutno. Zamilkłam. Nie mam pojęcia czemu bał się zostawać sam po operacji. Może przez zbyt wiele stresu? W każdym razie bardzo nie chciał być osamotniony, szczególnie na kilka godzin. Jutro jest niedziela. Nie ma szkoły.
- Dobrze, zostanę z tobą. - skinęłam głową, a on uśmiechnął się niepewnie, więc dodałam - Nie ma żadnego problemu.
Po jakimś czasie on zasnął, a ja tylko główkowałam co mam robić, czy mam spać, czy może nie, czy zdążę się nauczyć materiału na poniedziałek (to mi się przypominało, gdy zerkałam na książkę, która nadal leżała na półeczce obok), gdzie mam spać, kiedy wrócę do domu, i myślałabym jeszcze nad tysiącami innych spraw, gdyby nie to, że pogrążył mnie sen.
Rankiem, 09.15
Mmm... Jak ładnie pachnie... To jakieś perfumy? Maliny... Czuję maliny... Kocham maliny... Co mi świeci w oczy, do jasnej anielki?!
Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że zza zasłony oświetla pomieszczenie blask porannego słońca. Od razu zamknęłam oczy, nie miałam ochoty wstawać, ale nagle usłyszałam czyjeś głośne chrapanie.
- Mmm, kto tak chrapie? - sapnął Justin, przekręcił się na drugi bok, i chrapał jeszcze donośniej.
- Z ust mi to wyjąłeś. - odpowiedziałam, nie unosząc głowy z posłania, na którym spał Justin. Tak, właśnie. Spałam na siedząco, opierając głowę o łóżko. To dlatego tak mnie plecy bolą!
Coś tu ładnie pachnie malinami... Obwąchiwałam okolicę dookoła i dopiero po chwili zorientowałam się, że to włosy Justina mają taki zapach.
Może to dziwnie zabrzmi, ale gdy jeszcze w pół spałem, zaczęła obwąchiwać mi głowę. Łaskotało to mnie, więc się cicho zaśmiałem i spojrzałem na nią dziwnie. Potem się uśmiechnęliśmy.
Ogólnie to nie miałem apetytu, nie odczuwałem wielkiego głodu. Ale gdy już nadeszło południe nie mogłem wytrzymać i krzyknąłem do Julii... a w zasadzie to tylko powiedziałem, bo nie miałem sił na wrzaski:
- Jestem głodny!
- Wiedziałam, że to w końcu z siebie wyrzucisz! - odpowiedziałam prędko. - No to... Sami wiemy jakie dziwne mogą być obiady w tym szpitalu, więc może kupię ci coś na mieście? Już nawet wiem co. - zaproponowałam, myśląc o kanapce z pysznym soczystym kurczakiem, świeżym szpinakiem, smacznym serem pleśniowym, a to wszystko zawinięte w gorącego chrupiącego naleśnika, mm... Aż ślinka cieknie!
- Hmm... ale wracaj szybko. - po tych słowach, zaczęłam się zbierać, i wyszłam ze szpitala. Poszłam do baru kanapkowego i kupiłam sandwicze, a następnie bez pośpiechu wróciłam do Justina. Wszystko trwało jakieś 10 minut.
- Czemu tak długo cię nie było? - spytał Justin, prawie krzycząc. Zamilkłam. Na mojej twarzy mógł zaobserwować pokerface.
- Chcesz kanapkę? - powiedziałam, jak gdyby nigdy nic.
- Jasne! - odpowiedział. Wtedy rozpakowałam jedzenie z papieru i dałam mu do rąk. Od razu zaczął się zajadać. Pożarł całą kanapkę i jeszcze pół następnej, po czym stwierdził:
- Już nie mogę. - westchnął i próbował spałaszować więcej.
- To daj mi. - powiedziałam po prostu. Spojrzał się na mnie dziwie, zaskoczony, że się nie brzydzę jeść po nim. Ja tylko wzruszyłam ramionami, a gdy oddał mi resztę od razu wszamałam wszystko. - Smakowało ci? - spytałam, gdy skończyłam.
- Nawet nawet. A z czym to było?
- Kurczak, ser pleśniowy, sos, szpinak. - wymieniłam składniki.
- Szpinak?! Nienawidzę szpinaku. - oznajmił. - Nigdy bym tego nie zjadł, gdybym wiedział, że to zawiera szpinak!
- Widzisz, Never Say Never!
- Ciekawe co jeszcze się mi przydarzy...
Wtedy do sali weszli jacyś lekarze z wózkiem inwalidzkim...
Oczami Julii
Wieczorem, prócz uczenia się, oczywiście też poszłam zająć się swoją pracą. Chodziłam po całym szpitalu i zajmowałam się wszystkim, czym trzeba było. Tak minęły dwie godziny, po których ciężko opadłam na krzesło przy łóżku Justina.
Zamierzałam już wziąć swoją torbę, spakować się, i pójść do domu. Przypomniało mi się jednak co powiedziałam Justinowi "Będę czasami wychodzić, ale po chwili będę wracać". Przecież jak pójdę do domu, to raczej po chwili nie wrócę. Oh, rany, zapomniałam mu powiedzieć, że powinnam iść do domu! Przecież nie pracuję dziś całą noc. Głupio by było teraz tak odejść...
Zastanawiałam się tak, podając Justinowi przez wenflon lek, który miał mu pomóc w odzyskiwaniu sił. On się nieco rozbudził i otworzył oczy, patrząc w moją stronę, i obserwując co robię. Nic nie mówił. Panował całkowity bezgłos.
- No co się tak patrzysz? - spytałam po cichu. - Przecież nic złego ci nie robię.
Odwrócił głowę, a gdy go puściłam od razu zabrał rękę i położył się wygodniej na boku, plecami do mnie, jakby moja obecność była mu zupełnie obojętna. I dobrze, tak ma być.
Sama znów usiadłam na krześle, oparłam się o łóżko.
- Śpisz, czy nie śpisz? - skierowałam pytanie do Justina.
- Tak pół na pół... A co?
- Bo ja skończyłam robotę i chyba chcę do domu, hehe. No bo co? Mam tu spać?
- A kto tu będzie? - spojrzał na mnie.
- ... Ty tu będziesz... Cały czas.
- Ktoś jeszcze?... Zaraz... Cały czas? Co znaczy cały czas?
- Dopóki cię nie wypuszczą ze szpitala. Musisz dojść w miarę do siebie. - wytłumaczyłam spokojnie, bez pośpiechu. - Nie wiem czy ktoś jeszcze będzie.
- Kiedy wrócisz? - zapytał w pewnej mierze smutno. Zamilkłam. Nie mam pojęcia czemu bał się zostawać sam po operacji. Może przez zbyt wiele stresu? W każdym razie bardzo nie chciał być osamotniony, szczególnie na kilka godzin. Jutro jest niedziela. Nie ma szkoły.
- Dobrze, zostanę z tobą. - skinęłam głową, a on uśmiechnął się niepewnie, więc dodałam - Nie ma żadnego problemu.
Po jakimś czasie on zasnął, a ja tylko główkowałam co mam robić, czy mam spać, czy może nie, czy zdążę się nauczyć materiału na poniedziałek (to mi się przypominało, gdy zerkałam na książkę, która nadal leżała na półeczce obok), gdzie mam spać, kiedy wrócę do domu, i myślałabym jeszcze nad tysiącami innych spraw, gdyby nie to, że pogrążył mnie sen.
Rankiem, 09.15
Mmm... Jak ładnie pachnie... To jakieś perfumy? Maliny... Czuję maliny... Kocham maliny... Co mi świeci w oczy, do jasnej anielki?!
Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że zza zasłony oświetla pomieszczenie blask porannego słońca. Od razu zamknęłam oczy, nie miałam ochoty wstawać, ale nagle usłyszałam czyjeś głośne chrapanie.
- Mmm, kto tak chrapie? - sapnął Justin, przekręcił się na drugi bok, i chrapał jeszcze donośniej.
- Z ust mi to wyjąłeś. - odpowiedziałam, nie unosząc głowy z posłania, na którym spał Justin. Tak, właśnie. Spałam na siedząco, opierając głowę o łóżko. To dlatego tak mnie plecy bolą!
Coś tu ładnie pachnie malinami... Obwąchiwałam okolicę dookoła i dopiero po chwili zorientowałam się, że to włosy Justina mają taki zapach.
Oczami Justina
Może to dziwnie zabrzmi, ale gdy jeszcze w pół spałem, zaczęła obwąchiwać mi głowę. Łaskotało to mnie, więc się cicho zaśmiałem i spojrzałem na nią dziwnie. Potem się uśmiechnęliśmy.
Ogólnie to nie miałem apetytu, nie odczuwałem wielkiego głodu. Ale gdy już nadeszło południe nie mogłem wytrzymać i krzyknąłem do Julii... a w zasadzie to tylko powiedziałem, bo nie miałem sił na wrzaski:
- Jestem głodny!
Oczami Julii
- Wiedziałam, że to w końcu z siebie wyrzucisz! - odpowiedziałam prędko. - No to... Sami wiemy jakie dziwne mogą być obiady w tym szpitalu, więc może kupię ci coś na mieście? Już nawet wiem co. - zaproponowałam, myśląc o kanapce z pysznym soczystym kurczakiem, świeżym szpinakiem, smacznym serem pleśniowym, a to wszystko zawinięte w gorącego chrupiącego naleśnika, mm... Aż ślinka cieknie!
- Hmm... ale wracaj szybko. - po tych słowach, zaczęłam się zbierać, i wyszłam ze szpitala. Poszłam do baru kanapkowego i kupiłam sandwicze, a następnie bez pośpiechu wróciłam do Justina. Wszystko trwało jakieś 10 minut.
- Czemu tak długo cię nie było? - spytał Justin, prawie krzycząc. Zamilkłam. Na mojej twarzy mógł zaobserwować pokerface.
- Chcesz kanapkę? - powiedziałam, jak gdyby nigdy nic.
- Jasne! - odpowiedział. Wtedy rozpakowałam jedzenie z papieru i dałam mu do rąk. Od razu zaczął się zajadać. Pożarł całą kanapkę i jeszcze pół następnej, po czym stwierdził:
- Już nie mogę. - westchnął i próbował spałaszować więcej.
- To daj mi. - powiedziałam po prostu. Spojrzał się na mnie dziwie, zaskoczony, że się nie brzydzę jeść po nim. Ja tylko wzruszyłam ramionami, a gdy oddał mi resztę od razu wszamałam wszystko. - Smakowało ci? - spytałam, gdy skończyłam.
- Nawet nawet. A z czym to było?
- Kurczak, ser pleśniowy, sos, szpinak. - wymieniłam składniki.
- Szpinak?! Nienawidzę szpinaku. - oznajmił. - Nigdy bym tego nie zjadł, gdybym wiedział, że to zawiera szpinak!
- Widzisz, Never Say Never!
- Ciekawe co jeszcze się mi przydarzy...
Oczami Justina
Wtedy do sali weszli jacyś lekarze z wózkiem inwalidzkim...
Tagi:
6
Szpital, 20:15
Moja mama weszła do sali i od razu zbliżyła się do mnie. W jej oczach mogłem zauważyć matczyną troskę, współczucie, lęk. Zauważyliście, że kiedy wam opisuję to wszystko, często używam słów "lęk", "strach"? Więc wyobraźcie sobie jak się musiałem bać, nie tylko ja, ale i moja mama, i wiele innych osób, o tak sporo spraw. Czy operacja dobrze poszła, czy moi fani się zbytnio nie martwią, czy długo czasu potrwa, aż odzyskam siły, jak to się wszystko potoczy? Martwiłem się też, bo wszyscy inni też się niepokoili. Smuciło mnie to, że przejmowała się moja cała rodzina, miliony dziewczyn na całym świecie, moi przyjaciele... Chciałem ich pocieszyć, zapewnić, że wszystko będzie super i jak dawniej.
Sam jednak nie miałem dużej pewności, że będzie chociaż dobrze. Bałem się też troszkę, że moi anty-fani będą się ze mnie śmiać, że jestem tchórzem i maminsynkiem, i znajdą jeszcze wiele kąśliwych tekstów, by móc się ze mnie ponabijać. To przykre, ale bardziej zależało mi nie na tym, by przestali, ale na tym, by z Beliebersami było wszystko ok. Nie uważam się za pępek świata! Niektórzy z moich fanów też są chorzy, cierpią, boją się czegoś... I na pewno nie mają tyle osób, które się o nich martwią. Ale ja się o nich martwię. Bardzo. Nieważne ile mają lat i jak wyglądają. Ważne, że są ze mną w każdej chwili.
W każdym razie mama weszła do sali, w tym samym momencie ... ta dziewczyna (nie znałem jeszcze jej imienia), tak czy inaczej, pielęgniarka wyszła na korytarz, by nam nie przeszkadzać. Wtedy mama usiadła na białym krześle koło mojego łóżka i pogłaskała mnie po policzku. Trzęsła jej się zimna dłoń. Bała się o mnie.
- Spokojnie, mamo... Wszystko w porządku. - starałem się dodać jej otuchy. Ale ona tylko pokręciła głową i skierowała wzrok na podłogę. Siedzieliśmy cicho. Tylko raz nam się zdarzyło wymienić parę zdań.
- Kocham cię, Justin. - szepnęła. - Przepraszam, że muszę cię tu zostawić.
- Zostawić mnie? - nie byłem pewny o co jej chodzi.
- Muszę wracać do domu, skarbie. Muszę się opiekować Jazzy i Jaxonem.
- Kiedy wrócisz? - spytałem, usiłując by nie zabrzmiało to smutno, jednak można było zauważyć w tym cień strapienia.
- Będę cię odwiedzać, ale i tak za tydzień wychodzisz ze szpitala... Znaczy chyba. - na jej słowa pokiwałem głową ze zrozumieniem. - W dodatku trochę się źle czuję. To chyba z nerwów. Nawet chcieli mnie zatrzymać tu w szpitalu, bo prawie mdlałam ze strachu o ciebie...
- Oh, mamo! Wszystko jest dobrze. Na prawdę. Mam tu miłą pielęgniarkę... - ale ona nic nie odpowiadała. Pożegnaliśmy się, z miłością przytuliliśmy, i wtedy mama wyszła.
Kiedy Pattie pojawiła się na korytarzu, podeszłam do niej, i obiecałam, że my Justinem już dobrze się tu zajmiemy, wszystko będzie dobrze, i będziemy często dzwonić do niej, by mogła dowiedzieć się co u syna, czy przechodził jakieś badania, i jakie są ich wyniki, ewentualnie porozmawiać z nim. Mama Justina ogromnie się przejęła całą sytuacją. Widziała strach w oczach swojego dziecka i sama również bardzo się zdenerwowała. W trakcie operacji poczuła się słabo, więc lekarze kazali jej usiąść i dali jej szklankę wody. Mam nadzieję, że z czasem kobieta przekona się, że nie jest tak tragicznie. Pożegnałam się z nią, uśmiechnęłam miło i wróciłam do sali, gdzie leżał Justin. Spojrzał się na mnie smutno. Wyglądał jak na niektórych scenkach z serialu "CSI", w którym grał, tak smutno. Może nie miał posiniaczonej twarzy, ale wyglądał przygnębiająco.
- Wiem, że pytałam, czy nie jesteś głodny, ale i tak dam ci jeść. - powiedziałam i wyszłam, a wróciłam z miską zupy ogórkowej z kuchni. - Będziemy się opychać w nocy. Trudno. - dodałam sympatycznie. Uśmiechnął się bezsilnie. Pomogłam mu usiąść, by nie zakrztusił się podczas jedzenia. Podałam mu łyżkę do buzi. Wzdrygnął się, jakby jadł właśnie cytrynę. - Kwaśne, co? - zaśmiałam się.
- Co to za zupa? - spytał, zanim włożyłam mu łyżkę do ust kolejny raz.
- To jest... hmmm... Mega Kwaśna Zupa! - odpowiedziałam, dając akcent na słowo "zupa". Roześmiał się, prawie nie wypluwając na mnie tego co miał w buzi. - Lepiej nie będę cię rozśmieszać, gdy jesz.
Karmiłam go dalej. Zjadł zawartość całego talerza, niby narzekając trochę pod koniec, że już więcej nie może, ale w końcu jakoś udało mi się w niego wpakować ostatnie kilka łyżek, i zadowolona z siebie odniosłam naczynia do kuchni.
Wepchnęła we mnie całą michę zupy... No dobra, u mamy zdarzało mi się zjeść nawet dwie, ale po operacji nie miałem takiego apetytu. Zostałem na chwilę sam i porozglądałem się dookoła. Było cicho, większość pacjentów w szpitalu już spała. Było ciemno. Z korytarza mogłem tylko dosłyszeć trzaski nie wiadomo czego, prawdopodobnie różnych narzędzi odkładanych na tacę. Nie wiem czemu, znów odczułem strach. Nie bałem się ciemności, ani kroplówki, którą miałem. Domyśliłem się, że boję się właśnie tego, że jestem sam. Nigdy wcześniej to mnie nie przerażało, to było zupełnie normalne. Ale teraz... Nie mam pojęcia dlaczego niepokoję się z tego powodu! Bycie samym to nic strasznego... Jednak w duchu modliłem się, by ktoś tu szybko przyszedł i ze mną został.
Jeśli czułem się samotnie, zawsze wchodziłem na Facebooka lub Twittera i pisałem do fanów. Na tym drugim portalu często im nawet odpisywałem, czytałem ich wiadomości, klikałem, by ich treści, które najbardziej mi się podobały, pojawiły się na moim profilu, by każdy z moich fanów mógł je przeczytać. Czym prędzej więc zalogowałem się na TT i napisałem Tweeta: "Operacja trwała prawie 26 godzin. Dziękuję, że byliście ze mną. Modlę się dziś za wszystkich moich fanów, którzy są chorzy i cierpią. Kocham was. #REAL". Jak zawsze po niecałej sekundzie ukazało się wiele odpowiedzi, mój Tweet rozpowszechnił się po całym Twitterze, dużo osób dodało tę moją notkę do ulubionych, a na dodatek szykowało się, że w Trendsach będzie kolejny tekst, dotyczący mojej modlitwy za Beliebersów, lub też jakieś gratulacje, że przeżyłem dzielnie operację. Czy ja wiem? Dzielnie? Zerknąłem na moment na 10 najpopularniejszych Trendsów i zobaczyłem tam na pierwszym miejscu "Beliebers Pray For Justin" (Beliebers modlą się za Justina). Na szóstym miejscu było "I'll Give You My Hearth Justin" (Oddam ci moje serce, Justin). Na ostatnim "God Loves You Justin" (Bóg cię kocha, Justin). Uśmiechnąłem się. To miłe, że Beliebers wciąż o mnie myślą. Napisałem jeszcze kilka postów i odpisywałem różnym fanom, by sprawić, aby się uśmiechnęli, śmiali, ewentualnie darli z radości. Na koniec napisałem ostatni post na dzisiejszy wieczór "Nie martwcie się. Mam tu pielęgniarkę, która wciąż mnie rozśmiesza. Przed chwilą nakarmiła mnie zupą, chyba ogórkową. Po prostu Mega Kwaśna Zupa. Ona - pielęgniarka, nie zupa - jest fajna. :) #SWAG".
Wtedy Ta Dziewczyna wróciła.
- Smakowało? - spytała. Pokiwałem głową wolno. Zbliżyła się, patrząc na laptopa na moich kolanach. Szybko go zamknąłem, by nie przeczytała posta na moim profilu. Uśmiechnęła się kpiąco. Ja też, jakoś tak niezręcznie. Wtedy ona wyjęła komórkę, usiadła obok mnie i zaczęła coś klikać.
- O nie, wchodzi na internet. - pomyślałem, ale udawałem, że mnie to nic nie obchodzi. I po jakimś czasie przestała klikać i coś czytała. Poznałem się po tym, że wodziła wzrokiem od lewej do prawej... Uśmiechnęła się, ale nie popatrzyła na mnie, tylko klikała dalej... Położyłem się na boku, żeby pomyślała, że mi zupełnie obojętne czy zobaczy mojego Tweeta, czy nie. I wtedy zauważyłem na stronie głównej wiadomość, która otrzymała wiele ReTweetów. Prawdopodobnie był to jej post. Brzmiało to jakoś tak "Justin zamknął laptop, bym nie przeczytała co o mnie napisał. Justin siedział na Twitterze, a powinien już spać. Co za zły chłopiec... -.-". Było to ujęte w żarcie. Uśmiechnąłem się lekko i umieściłem wiadomość od niej na moim profilu, żeby wszyscy to zobaczyli. Potem ją follownąłem i wszedłem na jej profil, by móc patrzeć, czy jeszcze coś napisze.
- Ona mnie zostawiła samego, bo odnosiła talerz do kuchni. A ja tu umierałem ze strachu. Ona nie zdradziła mi swojego imienia. Co za zła dziewczynka... -.- - odpisałem i uśmiechnąłem się do niej, a ona do mnie.
- Jestem Julia. A odnosiłam talerz, bo całą zupę wychlałeś, a mi nie dałeś spróbować. - odpisała i zaśmiała się cicho.
- Musiałaś spróbować w drodze, bo powiedziałaś do mnie "kwaśna, nie?", więc musiałaś skosztować, gdy nie patrzyłem. Ładne imię.
- Ohh, przechytrzył mnie. Dzięki. Nie wiedziałam, że się boisz być sam. - gdy to napisała zaczerwieniłem się. Co za wstyd! Teraz wszyscy fani pomyślą, że się boję być gdziekolwiek sam.
- Nie boję się... Tylko... jakoś po tej operacji.
- Rozumiem. Idź spać, jesteś wykończony.
- Dobra... Papa, fani! #SWAG
I odłożyłem laptopa.
Widziałam, że nie umiał się wygodnie usadowić, między innymi przez kroplówkę. Trzymał sztywno rękę, jakby się obawiał, że przez wenflon każdy ruch spowoduje ból. Zbliżyłam się.
- Nie bój się, to nie boli, nie musisz tak sztywno jej trzymać, bo ci zdrętwieje. - wzięłam jego rękę i delikatnie rozruszałam, a on lekko przy tym zaciskał zęby, jakby obawiał się, że zaraz przeszyje go ból. Czuł niewielki ból tylko dlatego, że cały czas trzymał rękę w tej samej pozycji. - Musisz nią czasami ruszać, przyzwyczaisz się. - poprawiłam mu poduszkę, by mu było wygodnie się położyć. Pomogłam przekręcić mu się na bok. Spojrzał na mnie i pokiwał głową. Przykryłam go. - Teraz śpij. Będę czasami wychodzić, ale po chwili będę wracać. W końcu praca pielęgniarki to nie tylko siedzenie przy pacjencie całą noc.
On powoli usypiał, a ja siedziałam obok. Też byłam wykończona. Oby tylko nie zasnąć w pracy... Jeszcze tylko dwie godziny... Zapaliłam małą lampkę i otworzyłam książkę...
Oczami Justina
Moja mama weszła do sali i od razu zbliżyła się do mnie. W jej oczach mogłem zauważyć matczyną troskę, współczucie, lęk. Zauważyliście, że kiedy wam opisuję to wszystko, często używam słów "lęk", "strach"? Więc wyobraźcie sobie jak się musiałem bać, nie tylko ja, ale i moja mama, i wiele innych osób, o tak sporo spraw. Czy operacja dobrze poszła, czy moi fani się zbytnio nie martwią, czy długo czasu potrwa, aż odzyskam siły, jak to się wszystko potoczy? Martwiłem się też, bo wszyscy inni też się niepokoili. Smuciło mnie to, że przejmowała się moja cała rodzina, miliony dziewczyn na całym świecie, moi przyjaciele... Chciałem ich pocieszyć, zapewnić, że wszystko będzie super i jak dawniej.
Sam jednak nie miałem dużej pewności, że będzie chociaż dobrze. Bałem się też troszkę, że moi anty-fani będą się ze mnie śmiać, że jestem tchórzem i maminsynkiem, i znajdą jeszcze wiele kąśliwych tekstów, by móc się ze mnie ponabijać. To przykre, ale bardziej zależało mi nie na tym, by przestali, ale na tym, by z Beliebersami było wszystko ok. Nie uważam się za pępek świata! Niektórzy z moich fanów też są chorzy, cierpią, boją się czegoś... I na pewno nie mają tyle osób, które się o nich martwią. Ale ja się o nich martwię. Bardzo. Nieważne ile mają lat i jak wyglądają. Ważne, że są ze mną w każdej chwili.
W każdym razie mama weszła do sali, w tym samym momencie ... ta dziewczyna (nie znałem jeszcze jej imienia), tak czy inaczej, pielęgniarka wyszła na korytarz, by nam nie przeszkadzać. Wtedy mama usiadła na białym krześle koło mojego łóżka i pogłaskała mnie po policzku. Trzęsła jej się zimna dłoń. Bała się o mnie.
- Spokojnie, mamo... Wszystko w porządku. - starałem się dodać jej otuchy. Ale ona tylko pokręciła głową i skierowała wzrok na podłogę. Siedzieliśmy cicho. Tylko raz nam się zdarzyło wymienić parę zdań.
- Kocham cię, Justin. - szepnęła. - Przepraszam, że muszę cię tu zostawić.
- Zostawić mnie? - nie byłem pewny o co jej chodzi.
- Muszę wracać do domu, skarbie. Muszę się opiekować Jazzy i Jaxonem.
- Kiedy wrócisz? - spytałem, usiłując by nie zabrzmiało to smutno, jednak można było zauważyć w tym cień strapienia.
- Będę cię odwiedzać, ale i tak za tydzień wychodzisz ze szpitala... Znaczy chyba. - na jej słowa pokiwałem głową ze zrozumieniem. - W dodatku trochę się źle czuję. To chyba z nerwów. Nawet chcieli mnie zatrzymać tu w szpitalu, bo prawie mdlałam ze strachu o ciebie...
- Oh, mamo! Wszystko jest dobrze. Na prawdę. Mam tu miłą pielęgniarkę... - ale ona nic nie odpowiadała. Pożegnaliśmy się, z miłością przytuliliśmy, i wtedy mama wyszła.
Oczami Julii
Kiedy Pattie pojawiła się na korytarzu, podeszłam do niej, i obiecałam, że my Justinem już dobrze się tu zajmiemy, wszystko będzie dobrze, i będziemy często dzwonić do niej, by mogła dowiedzieć się co u syna, czy przechodził jakieś badania, i jakie są ich wyniki, ewentualnie porozmawiać z nim. Mama Justina ogromnie się przejęła całą sytuacją. Widziała strach w oczach swojego dziecka i sama również bardzo się zdenerwowała. W trakcie operacji poczuła się słabo, więc lekarze kazali jej usiąść i dali jej szklankę wody. Mam nadzieję, że z czasem kobieta przekona się, że nie jest tak tragicznie. Pożegnałam się z nią, uśmiechnęłam miło i wróciłam do sali, gdzie leżał Justin. Spojrzał się na mnie smutno. Wyglądał jak na niektórych scenkach z serialu "CSI", w którym grał, tak smutno. Może nie miał posiniaczonej twarzy, ale wyglądał przygnębiająco.
- Wiem, że pytałam, czy nie jesteś głodny, ale i tak dam ci jeść. - powiedziałam i wyszłam, a wróciłam z miską zupy ogórkowej z kuchni. - Będziemy się opychać w nocy. Trudno. - dodałam sympatycznie. Uśmiechnął się bezsilnie. Pomogłam mu usiąść, by nie zakrztusił się podczas jedzenia. Podałam mu łyżkę do buzi. Wzdrygnął się, jakby jadł właśnie cytrynę. - Kwaśne, co? - zaśmiałam się.
- Co to za zupa? - spytał, zanim włożyłam mu łyżkę do ust kolejny raz.
- To jest... hmmm... Mega Kwaśna Zupa! - odpowiedziałam, dając akcent na słowo "zupa". Roześmiał się, prawie nie wypluwając na mnie tego co miał w buzi. - Lepiej nie będę cię rozśmieszać, gdy jesz.
Karmiłam go dalej. Zjadł zawartość całego talerza, niby narzekając trochę pod koniec, że już więcej nie może, ale w końcu jakoś udało mi się w niego wpakować ostatnie kilka łyżek, i zadowolona z siebie odniosłam naczynia do kuchni.
Oczami Justina
Wepchnęła we mnie całą michę zupy... No dobra, u mamy zdarzało mi się zjeść nawet dwie, ale po operacji nie miałem takiego apetytu. Zostałem na chwilę sam i porozglądałem się dookoła. Było cicho, większość pacjentów w szpitalu już spała. Było ciemno. Z korytarza mogłem tylko dosłyszeć trzaski nie wiadomo czego, prawdopodobnie różnych narzędzi odkładanych na tacę. Nie wiem czemu, znów odczułem strach. Nie bałem się ciemności, ani kroplówki, którą miałem. Domyśliłem się, że boję się właśnie tego, że jestem sam. Nigdy wcześniej to mnie nie przerażało, to było zupełnie normalne. Ale teraz... Nie mam pojęcia dlaczego niepokoję się z tego powodu! Bycie samym to nic strasznego... Jednak w duchu modliłem się, by ktoś tu szybko przyszedł i ze mną został.
Jeśli czułem się samotnie, zawsze wchodziłem na Facebooka lub Twittera i pisałem do fanów. Na tym drugim portalu często im nawet odpisywałem, czytałem ich wiadomości, klikałem, by ich treści, które najbardziej mi się podobały, pojawiły się na moim profilu, by każdy z moich fanów mógł je przeczytać. Czym prędzej więc zalogowałem się na TT i napisałem Tweeta: "Operacja trwała prawie 26 godzin. Dziękuję, że byliście ze mną. Modlę się dziś za wszystkich moich fanów, którzy są chorzy i cierpią. Kocham was. #REAL". Jak zawsze po niecałej sekundzie ukazało się wiele odpowiedzi, mój Tweet rozpowszechnił się po całym Twitterze, dużo osób dodało tę moją notkę do ulubionych, a na dodatek szykowało się, że w Trendsach będzie kolejny tekst, dotyczący mojej modlitwy za Beliebersów, lub też jakieś gratulacje, że przeżyłem dzielnie operację. Czy ja wiem? Dzielnie? Zerknąłem na moment na 10 najpopularniejszych Trendsów i zobaczyłem tam na pierwszym miejscu "Beliebers Pray For Justin" (Beliebers modlą się za Justina). Na szóstym miejscu było "I'll Give You My Hearth Justin" (Oddam ci moje serce, Justin). Na ostatnim "God Loves You Justin" (Bóg cię kocha, Justin). Uśmiechnąłem się. To miłe, że Beliebers wciąż o mnie myślą. Napisałem jeszcze kilka postów i odpisywałem różnym fanom, by sprawić, aby się uśmiechnęli, śmiali, ewentualnie darli z radości. Na koniec napisałem ostatni post na dzisiejszy wieczór "Nie martwcie się. Mam tu pielęgniarkę, która wciąż mnie rozśmiesza. Przed chwilą nakarmiła mnie zupą, chyba ogórkową. Po prostu Mega Kwaśna Zupa. Ona - pielęgniarka, nie zupa - jest fajna. :) #SWAG".
Wtedy Ta Dziewczyna wróciła.
- Smakowało? - spytała. Pokiwałem głową wolno. Zbliżyła się, patrząc na laptopa na moich kolanach. Szybko go zamknąłem, by nie przeczytała posta na moim profilu. Uśmiechnęła się kpiąco. Ja też, jakoś tak niezręcznie. Wtedy ona wyjęła komórkę, usiadła obok mnie i zaczęła coś klikać.
- O nie, wchodzi na internet. - pomyślałem, ale udawałem, że mnie to nic nie obchodzi. I po jakimś czasie przestała klikać i coś czytała. Poznałem się po tym, że wodziła wzrokiem od lewej do prawej... Uśmiechnęła się, ale nie popatrzyła na mnie, tylko klikała dalej... Położyłem się na boku, żeby pomyślała, że mi zupełnie obojętne czy zobaczy mojego Tweeta, czy nie. I wtedy zauważyłem na stronie głównej wiadomość, która otrzymała wiele ReTweetów. Prawdopodobnie był to jej post. Brzmiało to jakoś tak "Justin zamknął laptop, bym nie przeczytała co o mnie napisał. Justin siedział na Twitterze, a powinien już spać. Co za zły chłopiec... -.-". Było to ujęte w żarcie. Uśmiechnąłem się lekko i umieściłem wiadomość od niej na moim profilu, żeby wszyscy to zobaczyli. Potem ją follownąłem i wszedłem na jej profil, by móc patrzeć, czy jeszcze coś napisze.
- Ona mnie zostawiła samego, bo odnosiła talerz do kuchni. A ja tu umierałem ze strachu. Ona nie zdradziła mi swojego imienia. Co za zła dziewczynka... -.- - odpisałem i uśmiechnąłem się do niej, a ona do mnie.
- Jestem Julia. A odnosiłam talerz, bo całą zupę wychlałeś, a mi nie dałeś spróbować. - odpisała i zaśmiała się cicho.
- Musiałaś spróbować w drodze, bo powiedziałaś do mnie "kwaśna, nie?", więc musiałaś skosztować, gdy nie patrzyłem. Ładne imię.
- Ohh, przechytrzył mnie. Dzięki. Nie wiedziałam, że się boisz być sam. - gdy to napisała zaczerwieniłem się. Co za wstyd! Teraz wszyscy fani pomyślą, że się boję być gdziekolwiek sam.
- Nie boję się... Tylko... jakoś po tej operacji.
- Rozumiem. Idź spać, jesteś wykończony.
- Dobra... Papa, fani! #SWAG
I odłożyłem laptopa.
Oczami Julii
Widziałam, że nie umiał się wygodnie usadowić, między innymi przez kroplówkę. Trzymał sztywno rękę, jakby się obawiał, że przez wenflon każdy ruch spowoduje ból. Zbliżyłam się.
- Nie bój się, to nie boli, nie musisz tak sztywno jej trzymać, bo ci zdrętwieje. - wzięłam jego rękę i delikatnie rozruszałam, a on lekko przy tym zaciskał zęby, jakby obawiał się, że zaraz przeszyje go ból. Czuł niewielki ból tylko dlatego, że cały czas trzymał rękę w tej samej pozycji. - Musisz nią czasami ruszać, przyzwyczaisz się. - poprawiłam mu poduszkę, by mu było wygodnie się położyć. Pomogłam przekręcić mu się na bok. Spojrzał na mnie i pokiwał głową. Przykryłam go. - Teraz śpij. Będę czasami wychodzić, ale po chwili będę wracać. W końcu praca pielęgniarki to nie tylko siedzenie przy pacjencie całą noc.
On powoli usypiał, a ja siedziałam obok. Też byłam wykończona. Oby tylko nie zasnąć w pracy... Jeszcze tylko dwie godziny... Zapaliłam małą lampkę i otworzyłam książkę...
Tagi:
5
W trakcie operacji
Nie było czasu na rozmyślanie. Operacja ta jest bardzo poważna i trudna, więc może trwać dużo czasu. Od razu wzięliśmy się do roboty. Kilka godzin byłam w zasięgu ręki, podawałam różne narzędzia, przekręcałam lampę tak, by chirurg miał dobre oświetlenie, kręciłam się w tę i z powrotem, robiłam wszystko o co mnie proszono. Dali mi jednak czas przerwy, kiedy mogłam pójść odpocząć, a zastępowała mnie wtedy inna pielęgniarka.
Pierwsze co zrobiłam to wróciłam do domu i się wyspałam. Nie potrzebowałam dużo snu, bo spałam już przed pójściem do pracy. Gdy się obudziłam, wzięłam orzeźwiający prysznic i przebrałam, zajęłam się swoimi włosami. Nie jestem dobra w układaniu fryzury, dlatego mój kok nie był taki świetny, jak wtedy gdy zrobiła mi go Lucy, z tego powodu zostawiłam włosy rozpuszczone. Podeszłam do akwarium, które stało na parapecie. Nie było wypełnione wodą i nie było w nim ryb. Żyło w nich kilka pająków. Tak, nawet fajnie było je hodować. Na początku czułam strach i obrzydzenie, ale już powoli przeszły oba nieprzyjemnie uczucia. Nawet lubiłam teraz te stworzenia, wiele mnie nauczyły, np. tego by znieść niektóre widoki w szpitalu, przykładowo podczas operacji.
Po dwóch godzinach już znów stałam przed szpitalem, gdzie czekała na mnie Lucy. Miała na sobie jasne, lekko podarte jeansy, które trzymał brązowy pasek, karmelową skórzaną kurteczkę, a przez ramię przewiesiła brunatną dużą torbę. Jej włosy koloru ciemnego brązu były idealnie proste i sięgały jej prawie do bioder.
Jak zawsze w wolnym czasie od pracy poszłyśmy razem do baru kanapkowego, gdzie byłyśmy stałymi klientkami. Chodziłyśmy tam prawie codziennie.
- Witam nasze stałe klientki! - powitała nas czarnowłosa kelnerka. - Będzie dzisiaj nakrętka?
Za każde zamówienie dostawałyśmy nakrętki, dzięki którym dostawałyśmy różne zniżki.
- No jasne! Mam ich tu całe mnóstwo! - wygrzebałam z torby dwie i podałam kelnerce. Tradycyjnie zamówiłam kanapkę z kurczakiem, szpinakiem i serem pleśniowym. Takie sandwicze to nic innego jak ciepły naleśnik, w którym umieszczano rozmaite składniki polane pysznym sosem.
- A ty za każdym razem to samo... - sapnęła Lucy siadając koło mnie i zajadając się swoją sałatką z łososiem. Ona codziennie próbowała nowych rzeczy, i czasami dawała mi spróbować, lecz ja zostawałam przy swojej ulubionej kanapce.
Niedługi czas później
- No... Pora się zbierać i sprawdzić czy z młodym w porządku. - przypomniała mi Lucy.
Pożegnałyśmy się i wróciłam do szpitala. Potem czekała mnie jeszcze jedna przerwa, około 3 nad ranem wyszłam z pracy i wróciłam do domu, gdzie porządnie odpoczęłam, a wróciłam o godzinie 15 następnego dnia.
Wieczór, sala pooperacyjna
Nie... Nie zasnę. Nie ... Ile jeszcze? Mmm... A może zasnę? Może już śpię? Chwileczkę! Chyba się obudziłem! Serce mi uderzyło mocno w klatkę, bo wydawało mi się, że właśnie obudziłem się w trakcie operacji. Chciałem krzyknąć "O nie! Zostawcie mnie, bo umrę!", ale nie miałem sił nawet się przekręcić na bok.
Otworzyłem nieco oczy, i poraziło mnie światło. Przymknąłem je i spojrzałem w drugą stronę. Obraz był rozmazany. Zamknąłem oczy ponownie. Lecz wtem coś usłyszałem... Przekładanie kartek książki... Odsuwanie krzesła... Szepty, spośród których nie rozumiałem ani jednego słowa... To wszystko takie przymglone, jakby mgła przysłoniła mi oczy.
Zobaczyłem, że ktoś siedzi koło mnie. Poczułem czyjąś rękę na moim czole.
Wyglądał bardzo mizernie. Nie mógł do końca otworzyć oczu. Możliwe, że zostanie słaby na jakiś czas po operacji.
Siedziałam już prawie dwie godziny w oczekiwaniu, aż się obudzi. Lekarze mówili, że to może trochę potrwać, przychodzili tu od czasu do czasu sprawdzić jego stan. Ja pilnowałam czy wszystko w porządku, założyłam mu kroplówkę, a potem usiadłam obok, na krzesełku, i uczyłam się z książki. Tak, uczyłam się. Bo prócz pracy mam też szkołę na głowie.
Zobaczyłam jak otworzył oczy. Przykro mi się trochę zrobiło, że może nie czuć się najlepiej, że może jeszcze odczuwa strach, mniejszy niż wcześniej, ale nadal strach. Rozglądał się na wszystkie strony, jakby szukał gdzieś pomocy. Dotknęłam jego głowy.
- Obudziłeś się? Wszystko dobrze, Justin? - spytałam cicho. Nie odpowiedział, ale skierował na mnie wzrok. - Słyszysz mnie?
Pokiwał głową nieznacznie. Z jego twarzy niewiele można było odczytać, ani smutku, ani radości, tylko akceptacja, zrozumienie, słabość. Był teraz taki delikatny, bezbronny, zupełnie bezsilny. Mam nadzieję, że wkrótce nabierze energii.
- Ok, to skoro mnie słyszysz... Wszystko ok? Hehe? Widzisz wszystko? Ile jest mnie? Jedna? Dwie? Trzy? Dotknij mojej ręki. Ile pokazuję palców? - uśmiechnęłam się i on zaraz po mnie, lecz bardzo leciutko. Można powiedzieć, że poweselały mu oczy, bo radośnie je zmrużył. Pokazał tyle samo palców, co ja przed chwilą. - Dobrze... A mówić umiesz?
Pokiwał głową.
- Pamiętasz kim jesteś? Pamiętasz cokolwiek? Wiesz kim jestem? Czujesz jak cię dotykam? - dotknęłam jego ręki. Zachichotał cicho i znów skinął głową. - No wiem, przecież tylko żartuję. Skąd miałby się u ciebie wziąć taki zły stan?
Uśmiechnął się.
- OK... Operacja się udała, ale możesz być bardzo słaby, bo były ... problemy podczas zabiegu... Ale to była i tak trudna operacja. Pozostaniesz na niedługo w szpitalu.
Uśmiech znikł z jego twarzy.
- Ale... Jest dobra wiadomość! Żeee..... Będę cały czas przy tobie! - i teraz pacjent mógł zobaczyć mój idealny szczękościsk.
- To... super. - powiedział na tyle cicho ile się dało, widać, że sporo go to kosztowało.
- Matko! Gada! Ale super, nawet mówić umiesz.
Znów się uśmiechnął.
- Uśmiechasz się... Hah... Ładnie...
Odwrócił głowę.
- Ohoohoo! Zawstydził się.
- Przestań, proszę, hah.
- Hah, dobra. Boli cię coś?
Syknął po cichutku i złapał się za klatkę.
- Oh... no tak. Wiem, masz tam szwy, ale będziesz dostawał przeciwbólowe. A na razie... masz siłę by coś zjeść?
- Nie chcę...
Spojrzał na kroplówkę. Od razu powiedziałam:
- Będziesz miał kroplówkę w dzień i w nocy, bo to ci dodaje siły. Nie martw się o nic. Wiem, że jesteś głodny.
Spojrzał na zegarek. 19:47.
- Operacja trwała dwie godziny? - spytał.
- Co? Nie! Trwała dobę! Już jest kolejny dzień, Justin.
Aż otworzył usta. Zaśmiałam się.
- Chcesz pobyć na chwilę z twoją mamą? Jest poza salą. Wpuścić ją?
Potem wyszłam, by zostawić Justina i jego mamę sam na sam.
Oczami Julii
Nie było czasu na rozmyślanie. Operacja ta jest bardzo poważna i trudna, więc może trwać dużo czasu. Od razu wzięliśmy się do roboty. Kilka godzin byłam w zasięgu ręki, podawałam różne narzędzia, przekręcałam lampę tak, by chirurg miał dobre oświetlenie, kręciłam się w tę i z powrotem, robiłam wszystko o co mnie proszono. Dali mi jednak czas przerwy, kiedy mogłam pójść odpocząć, a zastępowała mnie wtedy inna pielęgniarka.
Pierwsze co zrobiłam to wróciłam do domu i się wyspałam. Nie potrzebowałam dużo snu, bo spałam już przed pójściem do pracy. Gdy się obudziłam, wzięłam orzeźwiający prysznic i przebrałam, zajęłam się swoimi włosami. Nie jestem dobra w układaniu fryzury, dlatego mój kok nie był taki świetny, jak wtedy gdy zrobiła mi go Lucy, z tego powodu zostawiłam włosy rozpuszczone. Podeszłam do akwarium, które stało na parapecie. Nie było wypełnione wodą i nie było w nim ryb. Żyło w nich kilka pająków. Tak, nawet fajnie było je hodować. Na początku czułam strach i obrzydzenie, ale już powoli przeszły oba nieprzyjemnie uczucia. Nawet lubiłam teraz te stworzenia, wiele mnie nauczyły, np. tego by znieść niektóre widoki w szpitalu, przykładowo podczas operacji.
Po dwóch godzinach już znów stałam przed szpitalem, gdzie czekała na mnie Lucy. Miała na sobie jasne, lekko podarte jeansy, które trzymał brązowy pasek, karmelową skórzaną kurteczkę, a przez ramię przewiesiła brunatną dużą torbę. Jej włosy koloru ciemnego brązu były idealnie proste i sięgały jej prawie do bioder.
Jak zawsze w wolnym czasie od pracy poszłyśmy razem do baru kanapkowego, gdzie byłyśmy stałymi klientkami. Chodziłyśmy tam prawie codziennie.
- Witam nasze stałe klientki! - powitała nas czarnowłosa kelnerka. - Będzie dzisiaj nakrętka?
Za każde zamówienie dostawałyśmy nakrętki, dzięki którym dostawałyśmy różne zniżki.
- No jasne! Mam ich tu całe mnóstwo! - wygrzebałam z torby dwie i podałam kelnerce. Tradycyjnie zamówiłam kanapkę z kurczakiem, szpinakiem i serem pleśniowym. Takie sandwicze to nic innego jak ciepły naleśnik, w którym umieszczano rozmaite składniki polane pysznym sosem.
- A ty za każdym razem to samo... - sapnęła Lucy siadając koło mnie i zajadając się swoją sałatką z łososiem. Ona codziennie próbowała nowych rzeczy, i czasami dawała mi spróbować, lecz ja zostawałam przy swojej ulubionej kanapce.
Niedługi czas później
- No... Pora się zbierać i sprawdzić czy z młodym w porządku. - przypomniała mi Lucy.
Pożegnałyśmy się i wróciłam do szpitala. Potem czekała mnie jeszcze jedna przerwa, około 3 nad ranem wyszłam z pracy i wróciłam do domu, gdzie porządnie odpoczęłam, a wróciłam o godzinie 15 następnego dnia.
Wieczór, sala pooperacyjna
Oczami Justina
Nie... Nie zasnę. Nie ... Ile jeszcze? Mmm... A może zasnę? Może już śpię? Chwileczkę! Chyba się obudziłem! Serce mi uderzyło mocno w klatkę, bo wydawało mi się, że właśnie obudziłem się w trakcie operacji. Chciałem krzyknąć "O nie! Zostawcie mnie, bo umrę!", ale nie miałem sił nawet się przekręcić na bok.
Otworzyłem nieco oczy, i poraziło mnie światło. Przymknąłem je i spojrzałem w drugą stronę. Obraz był rozmazany. Zamknąłem oczy ponownie. Lecz wtem coś usłyszałem... Przekładanie kartek książki... Odsuwanie krzesła... Szepty, spośród których nie rozumiałem ani jednego słowa... To wszystko takie przymglone, jakby mgła przysłoniła mi oczy.
Zobaczyłem, że ktoś siedzi koło mnie. Poczułem czyjąś rękę na moim czole.
Oczami Julii
Wyglądał bardzo mizernie. Nie mógł do końca otworzyć oczu. Możliwe, że zostanie słaby na jakiś czas po operacji.
Siedziałam już prawie dwie godziny w oczekiwaniu, aż się obudzi. Lekarze mówili, że to może trochę potrwać, przychodzili tu od czasu do czasu sprawdzić jego stan. Ja pilnowałam czy wszystko w porządku, założyłam mu kroplówkę, a potem usiadłam obok, na krzesełku, i uczyłam się z książki. Tak, uczyłam się. Bo prócz pracy mam też szkołę na głowie.
Zobaczyłam jak otworzył oczy. Przykro mi się trochę zrobiło, że może nie czuć się najlepiej, że może jeszcze odczuwa strach, mniejszy niż wcześniej, ale nadal strach. Rozglądał się na wszystkie strony, jakby szukał gdzieś pomocy. Dotknęłam jego głowy.
- Obudziłeś się? Wszystko dobrze, Justin? - spytałam cicho. Nie odpowiedział, ale skierował na mnie wzrok. - Słyszysz mnie?
Pokiwał głową nieznacznie. Z jego twarzy niewiele można było odczytać, ani smutku, ani radości, tylko akceptacja, zrozumienie, słabość. Był teraz taki delikatny, bezbronny, zupełnie bezsilny. Mam nadzieję, że wkrótce nabierze energii.
- Ok, to skoro mnie słyszysz... Wszystko ok? Hehe? Widzisz wszystko? Ile jest mnie? Jedna? Dwie? Trzy? Dotknij mojej ręki. Ile pokazuję palców? - uśmiechnęłam się i on zaraz po mnie, lecz bardzo leciutko. Można powiedzieć, że poweselały mu oczy, bo radośnie je zmrużył. Pokazał tyle samo palców, co ja przed chwilą. - Dobrze... A mówić umiesz?
Pokiwał głową.
- Pamiętasz kim jesteś? Pamiętasz cokolwiek? Wiesz kim jestem? Czujesz jak cię dotykam? - dotknęłam jego ręki. Zachichotał cicho i znów skinął głową. - No wiem, przecież tylko żartuję. Skąd miałby się u ciebie wziąć taki zły stan?
Uśmiechnął się.
- OK... Operacja się udała, ale możesz być bardzo słaby, bo były ... problemy podczas zabiegu... Ale to była i tak trudna operacja. Pozostaniesz na niedługo w szpitalu.
Uśmiech znikł z jego twarzy.
- Ale... Jest dobra wiadomość! Żeee..... Będę cały czas przy tobie! - i teraz pacjent mógł zobaczyć mój idealny szczękościsk.
- To... super. - powiedział na tyle cicho ile się dało, widać, że sporo go to kosztowało.
- Matko! Gada! Ale super, nawet mówić umiesz.
Znów się uśmiechnął.
- Uśmiechasz się... Hah... Ładnie...
Odwrócił głowę.
- Ohoohoo! Zawstydził się.
- Przestań, proszę, hah.
- Hah, dobra. Boli cię coś?
Syknął po cichutku i złapał się za klatkę.
- Oh... no tak. Wiem, masz tam szwy, ale będziesz dostawał przeciwbólowe. A na razie... masz siłę by coś zjeść?
- Nie chcę...
Spojrzał na kroplówkę. Od razu powiedziałam:
- Będziesz miał kroplówkę w dzień i w nocy, bo to ci dodaje siły. Nie martw się o nic. Wiem, że jesteś głodny.
Spojrzał na zegarek. 19:47.
- Operacja trwała dwie godziny? - spytał.
- Co? Nie! Trwała dobę! Już jest kolejny dzień, Justin.
Aż otworzył usta. Zaśmiałam się.
- Chcesz pobyć na chwilę z twoją mamą? Jest poza salą. Wpuścić ją?
Potem wyszłam, by zostawić Justina i jego mamę sam na sam.
Tagi:
4
Kilka dni później, Szpital White Healthy Center, godzina 17:14
Dokładnie o tej godzinie siedziałem na parapecie w małym i cichym pomieszczeniu, w którym czekałem, aż któryś z lekarzy przyjdzie i zawiadomi, że mogę wejść na salę operacyjną, a zabieg za niedługo się zacznie. Wyglądałem przez okno. Znajdowałem się na trzecim piętrze. Przede mną stała mama. Nie odzywaliśmy się ani słowem. Bałem się.
W mojej głowie kłębiło się tak wiele myśli, że tak na prawdę nad niczym nie mogłem się głębiej zastanowić. Czułem ciarki na plecach, było mi nieco niedobrze, serce mi biło na pełnym gazie, a żołądek mi się to kurczył, to powiększał, i mocno ściskał. To wszystko to oznaka zwykłego lęku. Nie wiedziałem do końca czego się boję, chyba nic się nie stanie! Bólu nie będę czuł, bo będę spał. Najwyżej po operacji... Ewentualnie może pójść coś nie tak... Najwyżej będę wykończony i słaby przez najbliższy czas, ale potem wszystko będzie ok, prawda? ... Na to pytanie, tak jak i inne, nikt mi nie odpowiadał, bo zadawałem je tylko samemu sobie, a nie miałem ochoty ich zadawać nikomu innemu. Nie znalazłem odpowiedzi w mojej głowie, ale czy zna tę odpowiedź ktokolwiek inny?
Parter
- Hej, Thomas! Podasz mi kluczyk "7"? - zawołałam i podeszłam bliżej lady, za którą pracował szatniarz.
- Oczywiście. - uśmiechnął się serdecznie. Jego uśmiech zawsze rozweselał wszystkich wokoło, więc go odwzajemniłam. Odebrałam kluczyk.
- Dzięki, Tom! - pomachałam mu i szybko pobiegłam schodami na górę, nie chcąc czekać na windę, gdyż spieszyłam się, ponieważ już za kilka minut rozpoczynała się operacja, przy której miałam pomagać. Otworzyłam małe drzwiczki kluczem i prędko weszłam do pomieszczenia. Zabrałam ze sobą wszystkie potrzebne lekarstwa i popędziłam na salę operacyjną.
Przygotowałam stół operacyjny, lekarze się już zbierali. Znalazłam najważniejsze rzeczy typu rękawice medyczne i przeróżne narzędzia. W tej chwili na sali było już kilka osób i Doktor Blind poprosił bym wpuściła pacjenta.
Otworzyłam drzwi i zobaczyłam tam Justina z jego mamą. Aż mi serce do gardła podeszło. Niby nie jestem jakąś jego psycho-fanką, ale to takie dziwne uczucie poznać kogoś tak bardzo znanego. Musiałam jednak zachować spokój i zachowywać się zupełnie normalnie. On na mnie spojrzał i jego mama tak samo.
- Dzień dobry. - powiedziała jego mama, a Justin jej zawtórował.
- Dzień dobry. - odparłam miło i uśmiechnęłam się. - Proszę. - otworzyłam im drzwi, by mogli wejść. Gdy byli już w środku poprosiłam Jusa, by zdjął bluzkę i położył się. Tak też zrobił. Lekko drżał, wiedziałam, że się bał. W dodatku nie odzywał się poza tym ani słowem. - Spokojnie, spokojnie. - uśmiechnęłam się do niego.
- Mhmm... - skinął głową.
- Będzie dobrze, zaraz sobie tu pośpisz, ale najpierw powiedz mi coś fajnego. No, jak to jest być Justinem Bieberem, co? - próbowałam go zagadać, by się zbytnio nie przejmował.
- Fajnie...
- No, Justin, nie martw się, wszystko jest ok. Powiedz coś do mnie. Wszyscy jesteśmy tu twoimi mega fanami! - mówiłam, by mu zrobić przyjemność. - No, dobra, nie mega. Ale fanami. Uwielbiamy cię. - uśmiechnął się na te słowa.
- Hah... Dzięki.
- To co powiesz? - spytała. Zupełnie nie wiedziałem co powiedzieć. Czułem mocne walenie serca. Tak się bałem, że aż głowa mnie bolała. Przez ten wielki strach aż wstydziłem się sam siebie.
- ... Ładny koczek. - wybąkałem.
- Dzięki, Lucy robiła. Mm... No to... Nic się nie przejmuj... Będzie wszystko dobrze... I potem... Jak chcesz to w nagrodę pójdziesz ze mną na lody albo na obiad, mhhmmmm... - uniosła brwi trzy razy dla żartu, a ja cicho się zaśmiałem. To miłe, że próbowała mnie rozbawić, gdy dostrzegła moje przerażenie, a nie jak niektóre pielęgniarki siedziała z posępną miną i trzymała mnie zimną ręką bym nie uciekł. Ale uśmiech znikł z mojej twarzy, gdy zobaczyłem że lekarze już są w miarę przygotowani, a jeden z nich podchodzi już z maską, dzięki której mam zasnąć kilka sekund po założeniu jej. Drgnąłem całym ciałem mimo woli.
Gdy zorientował się, że już powinniśmy zaczynać przeraził się jeszcze bardziej. Aż serce mnie zabolało gdy zobaczyłam ten koszmarny lęk w jego oczach... Zupełnie jakby mieli go zaraz operować na żywca. Nie bardzo wiedziałam, jak się zachować. Pogłaskałam go po ramieniu.
- Będzie dobrze. - oznajmiłam i pomogłam mu położyć się wygodniej. Nic nie odpowiedział, ale widocznie miał zamiar, bo bardzo się trząsł, jakby nie mógł nic z siebie wydusić.
Chciałem jej odpowiedzieć, lub spytać się o coś, ale nic nie mogłem z siebie wydobyć, bo czułem, że jak tylko otworzę usta to wybuchnę płaczem. Zapadłbym się pod ziemię ze wstydu. Przy tylu ludziach, przy mojej mamie, i w dodatku... ja? Co to by było... W myśli modliłem się, bym tylko tak się nie bał, i bym się nie rozpłakał.
Także nie mogłem nic z siebie wydusić, ale odpowiedziałem jej spojrzeniem.
Wbił we mnie wzrok jakby błagał mnie o pomoc. Nie miałam pojęcia co robić. Doskonale go rozumiałam i nie myślałam o nim źle. On po prostu się boi, to normalne. Tylko nie wiedziałam jak go uspokoić, w końcu nie jak małe dziecko. Już otworzyłam usta, by przekonać go, że wszystko ok, ale wtedy lekarz zbliżył się z maską do Justina, gotowy już ją zakładać, a on wtedy odskoczył.
Już mieli mi zakładać maskę. Zgodziłbym się, ale strach wziął górę nad posłuszeństwem. Miałem jeszcze tyle wątpliwości.
- Chwila! Mam jeszcze kilka pytań! - krzyknąłem szybko. Popatrzyłem się na nią (nie znałem wciąż jej imienia). Wiedziałem, że każde moje kolejne słowo może sprawić, że w dowolnym momencie mogę zacząć płakać, ale znów lęk przezwyciężył inne emocje i drżącym głosem zadałem jej pytanie, choć moje oczy były już mokre, i zbliżało mi się na płacz. Weź, stary, nie płacz, nie płacz... Bądź mężczyzną!
Miał szklane oczy i bardzo smutny głos.
- A jak nie uda mi się zasnąć? - oddychał bardzo szybko.
- Uda ci się. Spokojnie, zobaczysz, że ci się uda. - odpowiedziałam. - Teraz wydaje ci się to trudne, ale nie minie kilka sekund, a już będziesz spał. - uśmiechnęłam się. Miałam nadzieję, że on zrobi to samo, jednak nic takiego się nie wydarzyło.
- Mmm... Boże. - starał się uspokoić.
Zachowuję się jak dziecko! Powinienem wziąć się w garść, ale to dla mnie takie trudne... Nie mogłem zaczerpnąć oddechu. Starałem się uspokoić i pocieszyć myślą, że zaraz zasnę i obudzę się już po wszystkim. Zrobiło mi się wstyd, że jestem jaki jestem. Że jestem tchórzem.
- Zaśniesz już za chwilę. O czym będziesz śnił? Hehe. - znów się uśmiechnęłam, by rozluźnić sytuację.
- Czy ty mnie traktujesz jak dziecko? - wydyszał i spojrzał na mnie całkowicie poważnie.
- Co? Hah, nie! Oczywiście, że nie. Coś ty!
- To dobrze... Powiedz mi jeszcze jedno.
- Tak? - złapałam go za rękę, ale za chwilę puściłam, nie będąc pewna czy mu to pasuje.
- ... Możesz trzymać... - z powrotem złapałam jego dłoń. - Jak się zdarzy, że obudzę się w trakcie operacji, to co?
- Justin, nie obudzisz się. Przysięgam ci. Obiecuję. Jak chcesz to nawet jak się obudzisz będę tutaj siedziała i cię powitam od nowa, ale na razie musimy się pożegnać.
- Jezus, to brzmi jakbym umierał. - uśmiechnął się nieco.
- Nic nie umierasz, nic a nic. Tylko... śpij... - pokiwał głową. Wtedy założyli mu maskę. On spojrzał tylko raz na mamę, a potem tylko patrzył na mnie, jakby o coś jeszcze pytał. Mrugnęłam do niego okiem i cicho roześmiałam. Potem pogłaskałam go po policzku i widziałam jak zasypiał.
Przynajmniej dzielnie wyszedłem z sytuacji. Tak mi się zdaje... Gdy usypiałem patrzyłem tylko na nią, bo wtedy mi się wydawało, że będzie ok. Gdy spojrzałem się raz na mamę, poczułem wstyd i lęk jednocześnie, więc odwróciłem wzrok. Nie zamierzałem nawet zerknąć na lekarzy.
Już po dwóch sekundach wydawało mi się, że nie uda mi się zasnąć. O nie, nie zasnę... Nie uda mi się... Nie... Nie zasnę... Nie za... Nie... Za... Mm...
Jego oczy się powoli przymykały... I przymykały... Nawet spróbował je otworzyć jeszcze raz na siłę, ale powieki były zbyt ciężkie i opadły całkowicie.
- Julia... - doktor zwrócił się do mnie z jakimś poleceniem i kiwnęłam głową, a jak spojrzałam jeszcze raz na Justina, zorientowałam się, że już śpi.
Oczami Justina
Dokładnie o tej godzinie siedziałem na parapecie w małym i cichym pomieszczeniu, w którym czekałem, aż któryś z lekarzy przyjdzie i zawiadomi, że mogę wejść na salę operacyjną, a zabieg za niedługo się zacznie. Wyglądałem przez okno. Znajdowałem się na trzecim piętrze. Przede mną stała mama. Nie odzywaliśmy się ani słowem. Bałem się.
W mojej głowie kłębiło się tak wiele myśli, że tak na prawdę nad niczym nie mogłem się głębiej zastanowić. Czułem ciarki na plecach, było mi nieco niedobrze, serce mi biło na pełnym gazie, a żołądek mi się to kurczył, to powiększał, i mocno ściskał. To wszystko to oznaka zwykłego lęku. Nie wiedziałem do końca czego się boję, chyba nic się nie stanie! Bólu nie będę czuł, bo będę spał. Najwyżej po operacji... Ewentualnie może pójść coś nie tak... Najwyżej będę wykończony i słaby przez najbliższy czas, ale potem wszystko będzie ok, prawda? ... Na to pytanie, tak jak i inne, nikt mi nie odpowiadał, bo zadawałem je tylko samemu sobie, a nie miałem ochoty ich zadawać nikomu innemu. Nie znalazłem odpowiedzi w mojej głowie, ale czy zna tę odpowiedź ktokolwiek inny?
Oczami Julii
Parter
- Hej, Thomas! Podasz mi kluczyk "7"? - zawołałam i podeszłam bliżej lady, za którą pracował szatniarz.
- Oczywiście. - uśmiechnął się serdecznie. Jego uśmiech zawsze rozweselał wszystkich wokoło, więc go odwzajemniłam. Odebrałam kluczyk.
- Dzięki, Tom! - pomachałam mu i szybko pobiegłam schodami na górę, nie chcąc czekać na windę, gdyż spieszyłam się, ponieważ już za kilka minut rozpoczynała się operacja, przy której miałam pomagać. Otworzyłam małe drzwiczki kluczem i prędko weszłam do pomieszczenia. Zabrałam ze sobą wszystkie potrzebne lekarstwa i popędziłam na salę operacyjną.
Przygotowałam stół operacyjny, lekarze się już zbierali. Znalazłam najważniejsze rzeczy typu rękawice medyczne i przeróżne narzędzia. W tej chwili na sali było już kilka osób i Doktor Blind poprosił bym wpuściła pacjenta.
Otworzyłam drzwi i zobaczyłam tam Justina z jego mamą. Aż mi serce do gardła podeszło. Niby nie jestem jakąś jego psycho-fanką, ale to takie dziwne uczucie poznać kogoś tak bardzo znanego. Musiałam jednak zachować spokój i zachowywać się zupełnie normalnie. On na mnie spojrzał i jego mama tak samo.
- Dzień dobry. - powiedziała jego mama, a Justin jej zawtórował.
- Dzień dobry. - odparłam miło i uśmiechnęłam się. - Proszę. - otworzyłam im drzwi, by mogli wejść. Gdy byli już w środku poprosiłam Jusa, by zdjął bluzkę i położył się. Tak też zrobił. Lekko drżał, wiedziałam, że się bał. W dodatku nie odzywał się poza tym ani słowem. - Spokojnie, spokojnie. - uśmiechnęłam się do niego.
- Mhmm... - skinął głową.
- Będzie dobrze, zaraz sobie tu pośpisz, ale najpierw powiedz mi coś fajnego. No, jak to jest być Justinem Bieberem, co? - próbowałam go zagadać, by się zbytnio nie przejmował.
- Fajnie...
- No, Justin, nie martw się, wszystko jest ok. Powiedz coś do mnie. Wszyscy jesteśmy tu twoimi mega fanami! - mówiłam, by mu zrobić przyjemność. - No, dobra, nie mega. Ale fanami. Uwielbiamy cię. - uśmiechnął się na te słowa.
- Hah... Dzięki.
Oczami Justina
- To co powiesz? - spytała. Zupełnie nie wiedziałem co powiedzieć. Czułem mocne walenie serca. Tak się bałem, że aż głowa mnie bolała. Przez ten wielki strach aż wstydziłem się sam siebie.
- ... Ładny koczek. - wybąkałem.
- Dzięki, Lucy robiła. Mm... No to... Nic się nie przejmuj... Będzie wszystko dobrze... I potem... Jak chcesz to w nagrodę pójdziesz ze mną na lody albo na obiad, mhhmmmm... - uniosła brwi trzy razy dla żartu, a ja cicho się zaśmiałem. To miłe, że próbowała mnie rozbawić, gdy dostrzegła moje przerażenie, a nie jak niektóre pielęgniarki siedziała z posępną miną i trzymała mnie zimną ręką bym nie uciekł. Ale uśmiech znikł z mojej twarzy, gdy zobaczyłem że lekarze już są w miarę przygotowani, a jeden z nich podchodzi już z maską, dzięki której mam zasnąć kilka sekund po założeniu jej. Drgnąłem całym ciałem mimo woli.
Oczami Julii
Gdy zorientował się, że już powinniśmy zaczynać przeraził się jeszcze bardziej. Aż serce mnie zabolało gdy zobaczyłam ten koszmarny lęk w jego oczach... Zupełnie jakby mieli go zaraz operować na żywca. Nie bardzo wiedziałam, jak się zachować. Pogłaskałam go po ramieniu.
- Będzie dobrze. - oznajmiłam i pomogłam mu położyć się wygodniej. Nic nie odpowiedział, ale widocznie miał zamiar, bo bardzo się trząsł, jakby nie mógł nic z siebie wydusić.
Oczami Justina
Chciałem jej odpowiedzieć, lub spytać się o coś, ale nic nie mogłem z siebie wydobyć, bo czułem, że jak tylko otworzę usta to wybuchnę płaczem. Zapadłbym się pod ziemię ze wstydu. Przy tylu ludziach, przy mojej mamie, i w dodatku... ja? Co to by było... W myśli modliłem się, bym tylko tak się nie bał, i bym się nie rozpłakał.
Także nie mogłem nic z siebie wydusić, ale odpowiedziałem jej spojrzeniem.
Oczami Julii
Wbił we mnie wzrok jakby błagał mnie o pomoc. Nie miałam pojęcia co robić. Doskonale go rozumiałam i nie myślałam o nim źle. On po prostu się boi, to normalne. Tylko nie wiedziałam jak go uspokoić, w końcu nie jak małe dziecko. Już otworzyłam usta, by przekonać go, że wszystko ok, ale wtedy lekarz zbliżył się z maską do Justina, gotowy już ją zakładać, a on wtedy odskoczył.
Oczami Justina
Już mieli mi zakładać maskę. Zgodziłbym się, ale strach wziął górę nad posłuszeństwem. Miałem jeszcze tyle wątpliwości.
- Chwila! Mam jeszcze kilka pytań! - krzyknąłem szybko. Popatrzyłem się na nią (nie znałem wciąż jej imienia). Wiedziałem, że każde moje kolejne słowo może sprawić, że w dowolnym momencie mogę zacząć płakać, ale znów lęk przezwyciężył inne emocje i drżącym głosem zadałem jej pytanie, choć moje oczy były już mokre, i zbliżało mi się na płacz. Weź, stary, nie płacz, nie płacz... Bądź mężczyzną!
Oczami Julii
Miał szklane oczy i bardzo smutny głos.
- A jak nie uda mi się zasnąć? - oddychał bardzo szybko.
- Uda ci się. Spokojnie, zobaczysz, że ci się uda. - odpowiedziałam. - Teraz wydaje ci się to trudne, ale nie minie kilka sekund, a już będziesz spał. - uśmiechnęłam się. Miałam nadzieję, że on zrobi to samo, jednak nic takiego się nie wydarzyło.
- Mmm... Boże. - starał się uspokoić.
Oczami Justina
Zachowuję się jak dziecko! Powinienem wziąć się w garść, ale to dla mnie takie trudne... Nie mogłem zaczerpnąć oddechu. Starałem się uspokoić i pocieszyć myślą, że zaraz zasnę i obudzę się już po wszystkim. Zrobiło mi się wstyd, że jestem jaki jestem. Że jestem tchórzem.
Oczami Julii
- Zaśniesz już za chwilę. O czym będziesz śnił? Hehe. - znów się uśmiechnęłam, by rozluźnić sytuację.
- Czy ty mnie traktujesz jak dziecko? - wydyszał i spojrzał na mnie całkowicie poważnie.
- Co? Hah, nie! Oczywiście, że nie. Coś ty!
- To dobrze... Powiedz mi jeszcze jedno.
- Tak? - złapałam go za rękę, ale za chwilę puściłam, nie będąc pewna czy mu to pasuje.
- ... Możesz trzymać... - z powrotem złapałam jego dłoń. - Jak się zdarzy, że obudzę się w trakcie operacji, to co?
- Justin, nie obudzisz się. Przysięgam ci. Obiecuję. Jak chcesz to nawet jak się obudzisz będę tutaj siedziała i cię powitam od nowa, ale na razie musimy się pożegnać.
- Jezus, to brzmi jakbym umierał. - uśmiechnął się nieco.
- Nic nie umierasz, nic a nic. Tylko... śpij... - pokiwał głową. Wtedy założyli mu maskę. On spojrzał tylko raz na mamę, a potem tylko patrzył na mnie, jakby o coś jeszcze pytał. Mrugnęłam do niego okiem i cicho roześmiałam. Potem pogłaskałam go po policzku i widziałam jak zasypiał.
Oczami Justina
Przynajmniej dzielnie wyszedłem z sytuacji. Tak mi się zdaje... Gdy usypiałem patrzyłem tylko na nią, bo wtedy mi się wydawało, że będzie ok. Gdy spojrzałem się raz na mamę, poczułem wstyd i lęk jednocześnie, więc odwróciłem wzrok. Nie zamierzałem nawet zerknąć na lekarzy.
Już po dwóch sekundach wydawało mi się, że nie uda mi się zasnąć. O nie, nie zasnę... Nie uda mi się... Nie... Nie zasnę... Nie za... Nie... Za... Mm...
Oczami Julii
Jego oczy się powoli przymykały... I przymykały... Nawet spróbował je otworzyć jeszcze raz na siłę, ale powieki były zbyt ciężkie i opadły całkowicie.
- Julia... - doktor zwrócił się do mnie z jakimś poleceniem i kiwnęłam głową, a jak spojrzałam jeszcze raz na Justina, zorientowałam się, że już śpi.
Tagi:
3
W nocy, 00:12
Obudziłem się w środku nocy. Teraz wszystko wydawało się jeszcze spokojniejsze niż kiedy usypiałem. Było ciemno, cicho, jak gdyby świat stanął w miejscu.
Wstałem bezszelestnie, by nie przerywać kojącej ciszy i poszedłem na bosaka do salonu. Tak jak podejrzewałem, moja mama nadal nie spała. Siedziała smutno w kącie sofy z pilotem w ręku, choć telewizja była wyłączona, i patrzyła w przestrzeń. Też się martwiła. Na początku nie zorientowała się, że przyszedłem, ale gdy zbliżyłem się jeszcze trochę, usłyszała moje kroki i spojrzała na mnie. Nie potrzeba było nam żadnych słów, by móc siebie zrozumieć. Ona rozłożyła ręce, a ja się wtuliłem.
Cała ta łagodna atmosfera uspokajała mnie, ale sprawiała też, że bardziej się bałem najbliższych dni. W ciągu kilku godzin z wesołego chłopaka zamieniłem się w smutnego tchórza.
- Mamo... Powiedz mi, kiedy będę miał operację. - wyszeptałem.
- Już niedługo, Justin. - odpowiedziała bez pośpiechu. - Już wkrótce. Jesteś już zapisany. Ale nie martw się, potem gdy już w pełni wyzdrowiejesz to zapomnisz o tym wszystkim.
- Ale ze mnie tchórz...
- Nie prawda. Każdy się czasem boi, to normalne. Inni też by się bali. Jedni bardziej, drudzy mniej, ale to bez znaczenia. Najważniejsze jakim się jest człowiekiem. A ty powinieneś być szczęśliwym. - powiedziała głaszcząc mnie po włosach. Nic nie odpowiadałem, więc dodała. - Powinieneś się uśmiechać. Dla przyjaciół, dla swoich fanów... Ale najważniejsze... Dla siebie samego. Póki nie będziesz szczęśliwy, twoje serce nigdy nie będzie zdrowe. - na te słowa aż mnie ciarki przeszły. Moja mama tak pięknie to ujęła. Prawda. Czego tu się bać? Mam fanów, mam rodzinę i kumpli, którzy będą mnie zawsze wspierać. Na razie mogę się bać tylko o to, że moi Beliebersi też się denerwują, i szukać sposobu jak ich uspokoić, i przekonać, że będzie wszystko dobrze. A to będzie trudne, bo sam nie jestem tego do końca pewien.
Wbrew słów mojej mamy i moich własnych myśli, nadal czułem kłucie w sercu i ściskanie w żołądku, wciąż odczuwałem lęk, choć malał stopniowo raz na jakiś czas.
W tym samym czasie
Szpital White Healthy Center jest jednym z najlepszych szpitali w okolicy. Ma wiele specjalizacji, z tego powodu leczy się tutaj mnóstwo pacjentów z przeróżnymi dolegliwościami i w różnym wieku. Ze względu na ilość chorych przebywających i uzdrawianych w tym miejscu potrzeba do pracy coraz więcej osób. Pracuje tutaj od groma lekarzy, i jeszcze więcej pielęgniarek, które potrzebne są do pomagania medykom, w czym tylko się da. Zapotrzebowanie pielęgniarek jest tak wielkie, że niektóre z nich pracują jedynie dwie czy trzy godziny dziennie, a następnie zamieniają się z innymi, ale ich ilość o każdej porze dnia i nocy jest ogromna. Większość tych, które pracują tak krótko na co dzień, nie ma ukończonych 18 lat, a by otrzymać tę pracę przeszły niedługie szkolenie.
I właśnie dwie z najmłodszych pracowniczek szpitala przebywały w pokoju pielęgniarek na nocnej zmianie.
Siedząc na bardzo niewygodnym krześle rozmawiałam z Lucy, i czekałam aż skończy układać mi włosy.
- Co ty mi tam robisz, Lucy? - spytałam i roześmiałyśmy się obie.
- Nic, nic. Coś fajnego. Spodoba ci się. - odpowiedziała i nastała chwilę ciszy. Czułam przyjemne łaskotanie w moich włosach, gdy zatapiała w nich palce, przekładała mi kosmyki i rozczesywała drewnianym grzebykiem. Przypomniało mi się jednak, że krótka przerwa od pracy nie będzie trwać wiecznie, i zaraz obie musimy wrócić do roboty. Chciałam wykorzystać więc tę chwilę na rozmowie z koleżanką.
- Wiesz, że podobno Justin Bieber będzie miał operację w naszym szpitalu? - zadałam pytanie i od razu pomyślałam dlaczego powiedziałam "naszym szpitalu". Wprawdzie on wcale nie jest nasz, ale użyłam tego zwrotu, ponieważ wszyscy pracownicy w tym miejscu są jakby jedną wielką rodziną. Każdy inny zatrudniony, czy to lekarz, czy pielęgniarka, albo nawet szatniarz, był naszym wspólnym przyjacielem i zawsze mogliśmy prosić ich o pomoc w ważnej dla nas sprawie. A co do szatniarza... Może to śmiesznie brzmi ale to jeden z najfajniejszych tu kolesi. Bardzo miły pan. Powracając do tematu... Powiedziałam o jednym z naszych przyszłych pacjentów.
- Serio? - spytała obojętnie, jak widać wcale ją to nie poruszyło. - A to ciekawe, a co się mu stało? - dodała bezinteresownie i kończyła mi robić fryzurę.
- To ty nie wiesz? Przecież w internecie o tym pełno!
- A skąd, powiedz mi, Julio, wiedzą o tym w internecie, co?
- Nie mam bladego pojęcia. Sprawy prywatne sławnych osobistości często wyciekają do sieci. Wcale mnie to nie dziwi.
- Mnie jakoś też nie bardzo. No, ale trudno. A co mu jest?
- Jak się dowiedziałam z karty pacjenta ma niewielką dziurę w sercu. Znaczy... była niewielka. Teraz to już nie wiem jaka jest.
- Powiększa się? Niefajnie... - nadal zajmowała się moimi włosami. - Już kończę twoją fryzurę. Akurat ten sposób uczesania pasuje do prostych, blond włosów, które posiadasz. Odpowiednia długość.
- Kończ, kończ, bo musimy się zbierać. Nie ma co, godzina 00:20. Jeszcze godzinka pracy i do domu. Dobrze, że nie za każdym razem pracuję w nocy.
- Wykończyłabyś się. A teraz... tada! - pokazała mi lusterko, w którym zobaczyłam swoje odbicie, a gdy lekko przekręciłam głowę, dostrzegłam moje włosy zawinięte w luźny kok.
- No, muszę przyznać, że nieźle ci wyszło! - pochwaliłam ją, przeglądając się.
- Dzięki. Uczeszę cię jeszcze piękniej jak jeden z twoich ulubionych pacjentów przyjedzie do szpitala.
- O kim mówisz? - spojrzałam w jej brązowe duże oczy.
- Jak to o kim? O Justinie!
- Hah, ta. Bardzo śmieszne, a może ja wtedy nie będę miała zmiany? Ale... tak na prawdę, to miło będzie go poznać. Mam nadzieję, że wszystko ok. Podobno on bardzo to przeżywa.
Potem zmieniałyśmy tematy, gadając o dolegliwościach różnych pacjentów, zaczynając od fajnych chłopaków, a kończąc na słodkich małych dzieciach. Następnie wyszłyśmy razem na korytarz, i kierowałyśmy się do miejsc, gdzie nas teraz wzywano.
Oczami Justina
Obudziłem się w środku nocy. Teraz wszystko wydawało się jeszcze spokojniejsze niż kiedy usypiałem. Było ciemno, cicho, jak gdyby świat stanął w miejscu.
Wstałem bezszelestnie, by nie przerywać kojącej ciszy i poszedłem na bosaka do salonu. Tak jak podejrzewałem, moja mama nadal nie spała. Siedziała smutno w kącie sofy z pilotem w ręku, choć telewizja była wyłączona, i patrzyła w przestrzeń. Też się martwiła. Na początku nie zorientowała się, że przyszedłem, ale gdy zbliżyłem się jeszcze trochę, usłyszała moje kroki i spojrzała na mnie. Nie potrzeba było nam żadnych słów, by móc siebie zrozumieć. Ona rozłożyła ręce, a ja się wtuliłem.
Cała ta łagodna atmosfera uspokajała mnie, ale sprawiała też, że bardziej się bałem najbliższych dni. W ciągu kilku godzin z wesołego chłopaka zamieniłem się w smutnego tchórza.
- Mamo... Powiedz mi, kiedy będę miał operację. - wyszeptałem.
- Już niedługo, Justin. - odpowiedziała bez pośpiechu. - Już wkrótce. Jesteś już zapisany. Ale nie martw się, potem gdy już w pełni wyzdrowiejesz to zapomnisz o tym wszystkim.
- Ale ze mnie tchórz...
- Nie prawda. Każdy się czasem boi, to normalne. Inni też by się bali. Jedni bardziej, drudzy mniej, ale to bez znaczenia. Najważniejsze jakim się jest człowiekiem. A ty powinieneś być szczęśliwym. - powiedziała głaszcząc mnie po włosach. Nic nie odpowiadałem, więc dodała. - Powinieneś się uśmiechać. Dla przyjaciół, dla swoich fanów... Ale najważniejsze... Dla siebie samego. Póki nie będziesz szczęśliwy, twoje serce nigdy nie będzie zdrowe. - na te słowa aż mnie ciarki przeszły. Moja mama tak pięknie to ujęła. Prawda. Czego tu się bać? Mam fanów, mam rodzinę i kumpli, którzy będą mnie zawsze wspierać. Na razie mogę się bać tylko o to, że moi Beliebersi też się denerwują, i szukać sposobu jak ich uspokoić, i przekonać, że będzie wszystko dobrze. A to będzie trudne, bo sam nie jestem tego do końca pewien.
Wbrew słów mojej mamy i moich własnych myśli, nadal czułem kłucie w sercu i ściskanie w żołądku, wciąż odczuwałem lęk, choć malał stopniowo raz na jakiś czas.
*
W tym samym czasie
Szpital White Healthy Center jest jednym z najlepszych szpitali w okolicy. Ma wiele specjalizacji, z tego powodu leczy się tutaj mnóstwo pacjentów z przeróżnymi dolegliwościami i w różnym wieku. Ze względu na ilość chorych przebywających i uzdrawianych w tym miejscu potrzeba do pracy coraz więcej osób. Pracuje tutaj od groma lekarzy, i jeszcze więcej pielęgniarek, które potrzebne są do pomagania medykom, w czym tylko się da. Zapotrzebowanie pielęgniarek jest tak wielkie, że niektóre z nich pracują jedynie dwie czy trzy godziny dziennie, a następnie zamieniają się z innymi, ale ich ilość o każdej porze dnia i nocy jest ogromna. Większość tych, które pracują tak krótko na co dzień, nie ma ukończonych 18 lat, a by otrzymać tę pracę przeszły niedługie szkolenie.
I właśnie dwie z najmłodszych pracowniczek szpitala przebywały w pokoju pielęgniarek na nocnej zmianie.
Oczami Julii
Siedząc na bardzo niewygodnym krześle rozmawiałam z Lucy, i czekałam aż skończy układać mi włosy.
- Co ty mi tam robisz, Lucy? - spytałam i roześmiałyśmy się obie.
- Nic, nic. Coś fajnego. Spodoba ci się. - odpowiedziała i nastała chwilę ciszy. Czułam przyjemne łaskotanie w moich włosach, gdy zatapiała w nich palce, przekładała mi kosmyki i rozczesywała drewnianym grzebykiem. Przypomniało mi się jednak, że krótka przerwa od pracy nie będzie trwać wiecznie, i zaraz obie musimy wrócić do roboty. Chciałam wykorzystać więc tę chwilę na rozmowie z koleżanką.
- Wiesz, że podobno Justin Bieber będzie miał operację w naszym szpitalu? - zadałam pytanie i od razu pomyślałam dlaczego powiedziałam "naszym szpitalu". Wprawdzie on wcale nie jest nasz, ale użyłam tego zwrotu, ponieważ wszyscy pracownicy w tym miejscu są jakby jedną wielką rodziną. Każdy inny zatrudniony, czy to lekarz, czy pielęgniarka, albo nawet szatniarz, był naszym wspólnym przyjacielem i zawsze mogliśmy prosić ich o pomoc w ważnej dla nas sprawie. A co do szatniarza... Może to śmiesznie brzmi ale to jeden z najfajniejszych tu kolesi. Bardzo miły pan. Powracając do tematu... Powiedziałam o jednym z naszych przyszłych pacjentów.
- Serio? - spytała obojętnie, jak widać wcale ją to nie poruszyło. - A to ciekawe, a co się mu stało? - dodała bezinteresownie i kończyła mi robić fryzurę.
- To ty nie wiesz? Przecież w internecie o tym pełno!
- A skąd, powiedz mi, Julio, wiedzą o tym w internecie, co?
- Nie mam bladego pojęcia. Sprawy prywatne sławnych osobistości często wyciekają do sieci. Wcale mnie to nie dziwi.
- Mnie jakoś też nie bardzo. No, ale trudno. A co mu jest?
- Jak się dowiedziałam z karty pacjenta ma niewielką dziurę w sercu. Znaczy... była niewielka. Teraz to już nie wiem jaka jest.
- Powiększa się? Niefajnie... - nadal zajmowała się moimi włosami. - Już kończę twoją fryzurę. Akurat ten sposób uczesania pasuje do prostych, blond włosów, które posiadasz. Odpowiednia długość.
- Kończ, kończ, bo musimy się zbierać. Nie ma co, godzina 00:20. Jeszcze godzinka pracy i do domu. Dobrze, że nie za każdym razem pracuję w nocy.
- Wykończyłabyś się. A teraz... tada! - pokazała mi lusterko, w którym zobaczyłam swoje odbicie, a gdy lekko przekręciłam głowę, dostrzegłam moje włosy zawinięte w luźny kok.
- No, muszę przyznać, że nieźle ci wyszło! - pochwaliłam ją, przeglądając się.
- Dzięki. Uczeszę cię jeszcze piękniej jak jeden z twoich ulubionych pacjentów przyjedzie do szpitala.
- O kim mówisz? - spojrzałam w jej brązowe duże oczy.
- Jak to o kim? O Justinie!
- Hah, ta. Bardzo śmieszne, a może ja wtedy nie będę miała zmiany? Ale... tak na prawdę, to miło będzie go poznać. Mam nadzieję, że wszystko ok. Podobno on bardzo to przeżywa.
Potem zmieniałyśmy tematy, gadając o dolegliwościach różnych pacjentów, zaczynając od fajnych chłopaków, a kończąc na słodkich małych dzieciach. Następnie wyszłyśmy razem na korytarz, i kierowałyśmy się do miejsc, gdzie nas teraz wzywano.
Tagi:
2
Tego samego dnia
W trudnych chwilach zawsze szukałem pomocy w rodzinie, przyjaciołach, ale też i w moich fanach. Tak było i wtedy, gdy od razu po włączeniu notebooka zalogowałem się na Twittera.
Jak zawsze czekało na mnie miliony wiadomości. Nigdy w życiu nie zdążyłbym ich wszystkich przeczytać, ale samo patrzenie na wciąż pojawiające się powiadomienia sprawiało mi radość. Bardzo chciałbym im wszystkim odpowiedzieć, ale jest ich za wiele i wciąż dochodzą nowe Tweety. Uśmiechnąłem się nieco. Po przeczytaniu paru wiadomości stwierdziłem, że większość moich fanów wie więcej niż ja o moim własnym zdrowiu. Ciekawe skąd oni to wiedzą... Uśmiech znikł z mojej twarzy. Jedno z dziesięciu Trendsów to "Pray for Justin".
Zawahałem się. Pomyślałem, czy to nie głupie tak po prostu się spytać fanów czy jestem na coś chory, bo wszyscy ostatnio tak piszą... Postanowiłem raczej o nic nie pytać. Po chwili na moim profilu pojawił się mój post.
- Dziękuję za wszystkie wsparcia, życzenia i o modlitwę. Na pewno będzie wszystko ok. #MUCHLOVE
I już po sekundzie otrzymałem mnóstwo odpowiedzi, których liczba wciąż się powiększała. Rzucałem okiem na niemal wszystkie z nich i szybko analizowałem. Takich reakcji mogłem się spodziewać "Modlę się za ciebie codziennie Justin", "Kocham cię, zwracaj się do nas cokolwiek by się działo", "Zgadzam się, będzie dobrze, nie martw się Jus". Skinąłem głową i szukałem dalej jakiejś wskazówki. I znalazłem coś co mogło nią być. "Choć twoje serce nie jest do końca zdrowe, to i tak potrafisz nim nas kochać tak jak dawniej, prawda?". Znieruchomiałem. Żyję już tyle lat, i zawsze mi się wydawało, że z moim sercem jest wszystko w porządku. W tym momencie poczułem jego mocne bicie, tak silne, jakby chciało się wydostać na zewnątrz. Drżącymi rękoma odpisałem tej dziewczynie: "Tak, dokładnie. Moje serce nadal was kocha. Z dnia na dzień coraz bardziej. Boję się, ale wy mi pomagacie. Dziękuję. #FAMILY".
I wiadomość ta rozeszła się po całym internecie, na każdy kontynent, każdy kraj, a każdy Belieber wiedział już o mojej dolegliwości. A najważniejsze - ja wiedziałem. Ale jeszcze nie wszystko.
Poszedłem powoli do mamy z opuszczoną głową, a gdy już byłem blisko niej lekko ją podniosłem by móc spojrzeć jej w oczy, które były tak smutne jak i moje. Ona wiedziała wszystko, a ja nie wiedziałem prawie nic.
- Mamo, czy coś nie tak z moim sercem? - spytałem. Usiedliśmy na kanapie, by móc spokojniej porozmawiać. Nastała cisza, którą przerwałem. - Zawsze mi się wydawało, że wszystko z nim ok.
- Nam też się tak wydawało, Justin. - odpowiedziała cicho. Na moment zamilkłem, a następnie odparłem.
- W takim razie co jest nie tak? - zagryzłem wargę. Wtedy mi powiedziała wszystko od początku do końca, a ja się tylko zastanawiałem, czy to na pewno nie jest jeden z tych okropnych koszmarów, które czasem mi się śnią po nocach. Znów wróciłem do pokoju i położyłem się na łóżku.
Gapiłem się w sufit i myślałem. Przypominałem sobie i rozważałem starannie słowa mojej mamy.
- Urodziłeś się z dziurą w sercu, Justin. - szumiał mi w głowie jej głos, który przeradzał się w ciche echo. Nie mogłem się od tego uwolnić, nie potrafiłem skupić uwagi na czymś innym niż tym wołaniu. - Lekarze stwierdzili, że jest wszystko dobrze i nic nie trzeba z tym robić. Ale teraz, po tylu latach, pojawił się problem. Dziura się powiększa. - położyłem się na boku i przykryłem kołdrą. Jak każdy człowiek, odczuwałem strach. - To może być niebezpieczne, musimy coś z tym zrobić. - słyszałem głos mojej mamy, chociaż powiedziała to już kilka minut temu, i choć jej przy mnie nie było. Teraz w mojej głowie rozbrzmiał mój szept. - Co teraz będzie? Co mi zrobią? - a potem wszystkie nasze słowa się powoli mieszały, cichły i stawały się głośniejsze, przybierały różne postacie i barwy. Odbierałem trudne do opisania uczucia, spokój, melancholię.
Pogrążył mnie sen.
Oczami Justina
W trudnych chwilach zawsze szukałem pomocy w rodzinie, przyjaciołach, ale też i w moich fanach. Tak było i wtedy, gdy od razu po włączeniu notebooka zalogowałem się na Twittera.
Jak zawsze czekało na mnie miliony wiadomości. Nigdy w życiu nie zdążyłbym ich wszystkich przeczytać, ale samo patrzenie na wciąż pojawiające się powiadomienia sprawiało mi radość. Bardzo chciałbym im wszystkim odpowiedzieć, ale jest ich za wiele i wciąż dochodzą nowe Tweety. Uśmiechnąłem się nieco. Po przeczytaniu paru wiadomości stwierdziłem, że większość moich fanów wie więcej niż ja o moim własnym zdrowiu. Ciekawe skąd oni to wiedzą... Uśmiech znikł z mojej twarzy. Jedno z dziesięciu Trendsów to "Pray for Justin".
Zawahałem się. Pomyślałem, czy to nie głupie tak po prostu się spytać fanów czy jestem na coś chory, bo wszyscy ostatnio tak piszą... Postanowiłem raczej o nic nie pytać. Po chwili na moim profilu pojawił się mój post.
- Dziękuję za wszystkie wsparcia, życzenia i o modlitwę. Na pewno będzie wszystko ok. #MUCHLOVE
I już po sekundzie otrzymałem mnóstwo odpowiedzi, których liczba wciąż się powiększała. Rzucałem okiem na niemal wszystkie z nich i szybko analizowałem. Takich reakcji mogłem się spodziewać "Modlę się za ciebie codziennie Justin", "Kocham cię, zwracaj się do nas cokolwiek by się działo", "Zgadzam się, będzie dobrze, nie martw się Jus". Skinąłem głową i szukałem dalej jakiejś wskazówki. I znalazłem coś co mogło nią być. "Choć twoje serce nie jest do końca zdrowe, to i tak potrafisz nim nas kochać tak jak dawniej, prawda?". Znieruchomiałem. Żyję już tyle lat, i zawsze mi się wydawało, że z moim sercem jest wszystko w porządku. W tym momencie poczułem jego mocne bicie, tak silne, jakby chciało się wydostać na zewnątrz. Drżącymi rękoma odpisałem tej dziewczynie: "Tak, dokładnie. Moje serce nadal was kocha. Z dnia na dzień coraz bardziej. Boję się, ale wy mi pomagacie. Dziękuję. #FAMILY".
I wiadomość ta rozeszła się po całym internecie, na każdy kontynent, każdy kraj, a każdy Belieber wiedział już o mojej dolegliwości. A najważniejsze - ja wiedziałem. Ale jeszcze nie wszystko.
Poszedłem powoli do mamy z opuszczoną głową, a gdy już byłem blisko niej lekko ją podniosłem by móc spojrzeć jej w oczy, które były tak smutne jak i moje. Ona wiedziała wszystko, a ja nie wiedziałem prawie nic.
- Mamo, czy coś nie tak z moim sercem? - spytałem. Usiedliśmy na kanapie, by móc spokojniej porozmawiać. Nastała cisza, którą przerwałem. - Zawsze mi się wydawało, że wszystko z nim ok.
- Nam też się tak wydawało, Justin. - odpowiedziała cicho. Na moment zamilkłem, a następnie odparłem.
- W takim razie co jest nie tak? - zagryzłem wargę. Wtedy mi powiedziała wszystko od początku do końca, a ja się tylko zastanawiałem, czy to na pewno nie jest jeden z tych okropnych koszmarów, które czasem mi się śnią po nocach. Znów wróciłem do pokoju i położyłem się na łóżku.
Gapiłem się w sufit i myślałem. Przypominałem sobie i rozważałem starannie słowa mojej mamy.
- Urodziłeś się z dziurą w sercu, Justin. - szumiał mi w głowie jej głos, który przeradzał się w ciche echo. Nie mogłem się od tego uwolnić, nie potrafiłem skupić uwagi na czymś innym niż tym wołaniu. - Lekarze stwierdzili, że jest wszystko dobrze i nic nie trzeba z tym robić. Ale teraz, po tylu latach, pojawił się problem. Dziura się powiększa. - położyłem się na boku i przykryłem kołdrą. Jak każdy człowiek, odczuwałem strach. - To może być niebezpieczne, musimy coś z tym zrobić. - słyszałem głos mojej mamy, chociaż powiedziała to już kilka minut temu, i choć jej przy mnie nie było. Teraz w mojej głowie rozbrzmiał mój szept. - Co teraz będzie? Co mi zrobią? - a potem wszystkie nasze słowa się powoli mieszały, cichły i stawały się głośniejsze, przybierały różne postacie i barwy. Odbierałem trudne do opisania uczucia, spokój, melancholię.
Pogrążył mnie sen.
Tagi:
1
Los Angeles, kwiecień
Lubię te chwile kiedy mam wreszcie nieco odpoczynku od pracy, kiedy mogę spać do późna, a całe dnie spędzać z rodziną i przyjaciółmi. Chociaż jak każdy nastolatek mam własne problemy, w takich momentach szybko o nich zapominam. Mogę robić co lubię i co chcę, i niczym się nie przejmować.
Tak było i tego dnia. Pamiętam go doskonale. Po południu wyszedłem z kolegami pojeździć na desce. Uwielbiam skateboard, prawie zawsze, gdy wyjeżdżam gdzieś daleko od domu biorę ze sobą deskorolkę. Tak było jeszcze zanim stałem się sławny, i tak zostało. Generalnie nie mam wiele czasu dla kumpli, dlatego teraz gdy się taki znalazł, staraliśmy się spędzać go ze sobą jak najwięcej. Było tak jak dawniej - śmialiśmy się, nagrywaliśmy kamerą nasze popisy, dokuczaliśmy sobie po przyjacielsku, a potem znów się śmialiśmy, i od nowa. Wróciłem do domu na obiad około 15:00.
Wjechałem do domu na deskorolce, i zobaczyłem czekającą na mnie mamę. Od razu odłożyłem deskę, obawiając się, że będzie zła i krzyknie coś w stylu "Jeszcze się nie wyszalałeś na dworze, że do tego po domu musisz sunąć?". Ale ku mojemu zdziwieniu nic takiego nie nastąpiło. Moja mama wyglądała dziwnie smutno. Zmarszczyłem brwi i spytałem co się stało. Powiedziała, że musimy porozmawiać, ale najpierw mi podała obiad. Usiadłem przy stole i jadłem, a ona zajęła miejsce obok mnie. W końcu zaczęła mówić.
- Słuchaj, Justin...
- Mhmm?
- Wiem, że ten pomysł może ci się nie spodobać, ale, no ... Wiesz, powinieneś zrozumieć, jesteś już dużym chłopcem.
"O nie...", pomyślałem, wiedząc, że ta sprawa może okazać się rzeczywiście pilna i na dodatek straszna. Ale nie odezwałem się ani słowem i słuchałem dalej.
- Niedługo muszę cię zaprowadzić do lekarza w bardzo poważnej sprawie. - usłyszałem słowa mamy.
- Co? Jakiej sprawie? Jestem chory? - zadałem mnóstwo pytań. Byłem zdziwiony, bo moja mama nigdy mi nie mówiła o wizycie u doktora takim ponurym tonem. Dobrze wiedziała, że nie boję się lekarzy, więc to musiała być serio ważna sprawa.
- Umm... Justin, jeszcze nie wiesz? - jej pytanie zaskoczyło mnie jeszcze bardziej. - Poczytaj o tym w internecie, tam wszędzie o tym mówią.
Znów się przestraszyłem, a serce mi zabiło trochę mocniej. Świetnie, jeszcze tego brakowało! W necie wiedzą o jakimś moim schorzeniu, a ja nie mam o nim bladego pojęcia!
Chciałem już popędzić do laptopa i dowiedzieć się o co tak na prawdę chodzi, ale wiedziałem, że niekulturalnie byłoby tak nagle odejść od stołu zostawiając połowę obiadu. Dokończyłem szybko jeść, podziękowałem i pobiegłem do pokoju.
Oczami Justina
Lubię te chwile kiedy mam wreszcie nieco odpoczynku od pracy, kiedy mogę spać do późna, a całe dnie spędzać z rodziną i przyjaciółmi. Chociaż jak każdy nastolatek mam własne problemy, w takich momentach szybko o nich zapominam. Mogę robić co lubię i co chcę, i niczym się nie przejmować.
Tak było i tego dnia. Pamiętam go doskonale. Po południu wyszedłem z kolegami pojeździć na desce. Uwielbiam skateboard, prawie zawsze, gdy wyjeżdżam gdzieś daleko od domu biorę ze sobą deskorolkę. Tak było jeszcze zanim stałem się sławny, i tak zostało. Generalnie nie mam wiele czasu dla kumpli, dlatego teraz gdy się taki znalazł, staraliśmy się spędzać go ze sobą jak najwięcej. Było tak jak dawniej - śmialiśmy się, nagrywaliśmy kamerą nasze popisy, dokuczaliśmy sobie po przyjacielsku, a potem znów się śmialiśmy, i od nowa. Wróciłem do domu na obiad około 15:00.
Wjechałem do domu na deskorolce, i zobaczyłem czekającą na mnie mamę. Od razu odłożyłem deskę, obawiając się, że będzie zła i krzyknie coś w stylu "Jeszcze się nie wyszalałeś na dworze, że do tego po domu musisz sunąć?". Ale ku mojemu zdziwieniu nic takiego nie nastąpiło. Moja mama wyglądała dziwnie smutno. Zmarszczyłem brwi i spytałem co się stało. Powiedziała, że musimy porozmawiać, ale najpierw mi podała obiad. Usiadłem przy stole i jadłem, a ona zajęła miejsce obok mnie. W końcu zaczęła mówić.
- Słuchaj, Justin...
- Mhmm?
- Wiem, że ten pomysł może ci się nie spodobać, ale, no ... Wiesz, powinieneś zrozumieć, jesteś już dużym chłopcem.
"O nie...", pomyślałem, wiedząc, że ta sprawa może okazać się rzeczywiście pilna i na dodatek straszna. Ale nie odezwałem się ani słowem i słuchałem dalej.
- Niedługo muszę cię zaprowadzić do lekarza w bardzo poważnej sprawie. - usłyszałem słowa mamy.
- Co? Jakiej sprawie? Jestem chory? - zadałem mnóstwo pytań. Byłem zdziwiony, bo moja mama nigdy mi nie mówiła o wizycie u doktora takim ponurym tonem. Dobrze wiedziała, że nie boję się lekarzy, więc to musiała być serio ważna sprawa.
- Umm... Justin, jeszcze nie wiesz? - jej pytanie zaskoczyło mnie jeszcze bardziej. - Poczytaj o tym w internecie, tam wszędzie o tym mówią.
Znów się przestraszyłem, a serce mi zabiło trochę mocniej. Świetnie, jeszcze tego brakowało! W necie wiedzą o jakimś moim schorzeniu, a ja nie mam o nim bladego pojęcia!
Chciałem już popędzić do laptopa i dowiedzieć się o co tak na prawdę chodzi, ale wiedziałem, że niekulturalnie byłoby tak nagle odejść od stołu zostawiając połowę obiadu. Dokończyłem szybko jeść, podziękowałem i pobiegłem do pokoju.
Tagi:
prolog
Nowy Blog
Cześć, jestem Julia i założyłam nowy blog akurat na bloblo.pl, ponieważ poleciła mi go koleżanka, która sama z niego korzysta ( stokrota34 ). Mam nadzieję, że to dobry wybór i wy musicie mi o tym dać znać, dzięki dużej ilości komentarzy i odwiedzaniu, na które liczę. ;)
A więc podstawowe informacje przed rozpoczęciem bloga.
1. Będę pisać opowiadanie o Justinie Bieberze, więc zapraszam tu tylko jego fanki. I to te nie byle jakie, tylko te prawdziwe Beliebers, które nie wstydzą się przyznać, że kochają swojego idola.
2. Opowiadanie będzie się różniło od innych, bo zauważyłam, że dużo osób pisze opowiadania o nim... Od razu jednak uprzedzam, że wolę, aby moimi czytelniczkami były dziewczyny w wieku 13 lat i wyżej. Już mówię dlaczego. Otóż mogą być tu takie treści, jak to skromnie powiedzieć, nieodpowiednie dla niektórych , szczególnie młodych dziewcząt. Więc czytacie na własną odpowiedzialność. Jeśli jednak lubicie Justina i chcecie poczytać o nim bloga, a nie lubicie takich "kategorii", to mam inny blog o nim, także zapraszam: http://marzenioholiczka-moja-historia.blog.onet.pl/ .
3. Wszystkie chamskie komentarze będą ignorowane i usuwane , wówczas nie warto się wysilać. Podoba się - super, nie podoba się - nikt ci nie każe czytać. :)
4. Opowiadanie będzie się nazywać "Pajęczyna Łez", czyli PŁ w skrócie. Nie pytajcie dlaczego. Tak było od początku jak to wymyślałam z przyjaciółką i tak zostało, i zostanie.
A teraz trochę o mnie
Nazywam się Julia i, jak pisałam wcześniej mam już jednego bloga o JB. Jestem oczywiście fanką Justina. Toleruję ludzi, którzy nie są jego wielbicielami, ale nie obrażają go publicznie. Ten blog będę prowadzić z przyjaciółką Kingą, która też jest Belieberką, więc niektóre pomysły na rozdziały będą jej, a niektóre moje. Mam nadzieję, że nasze opowiadanie, przynajmniej niektórym z was się spodoba.
KONTAKT
E-mail Julii: marzenioholiczka@autograf.pl
E-mail Kingi: kinderek210@wp.pl
Nasz wspólny e-mail: julia.and.kin@gmail.com
Nasz Twitter: @Julia_and_Kin
GG Julii: 35691656
GG Kingi: 26214324
Wkrótce zaczynamy! =) <3



